12 wspaniałych, czyli filmowe podsumowanie 2014 roku

film_podsumowanie_2014

Koniec roku skłania do podsumowań. Oto subiektywna lista 12 najciekawszych filmów, które pojawiły się w polskich kinach w kończącym się 2014 r. To trzeba zobaczyć.

Wilk z Wall Street (The Wolf of Wall Street) reż. Martin Scorsese. USA. 2013.

Mistrz udowodnił, że wciąż potrafi. To faktycznie najlepszy film Scorsese od wielu lat. Jeśli „Chłopcy z ferajny” to był jego „Black album” to „Wilk z Wall Street” to takie spóźnione o kilkanaście lat „…And Justice For All”.

Sierpień w hrabstwie Osage (August: Osage County) reż. John Wells. USA. 2013.
august_osage_countyOklahoma to stan umysłu. A przynajmniej tak każą nam myśleć bohaterowie „Sierpnia w hrabstwie Osage” – zgorzkniali, pozbawieni złudzeń, pogrążeni w nałogach. Punktem zapalnym staje się tu zaginięcie i śmierć ojca, sprowadzająca do domu rodzinnego dwie córki, które opuściły przed laty Wielkie Równiny. Ponowne starcie z toksyczną matką i odkrycie rodzinnego sekretu sprzed lat doprowadza do emocjonalnego wybuchu. Błyskotliwość filmu polega na tym, że właściwie przez całą pierwszą część oglądamy go z przekonaniem, że chce nas się znowu mamić prawidłami, iż nieważne, jakimi potworami byliby nasi rodzice czy rodzeństwo to i tak więzy krwi zawsze muszą na końcu zwyciężyć – „bo przecież rodzina jest najważniejsza”. Tymczasem reżyser tak naprawdę zmierza do równie popularnej, ale niezwykle sugestywnie podanej prawdy – nikt nie jest w stanie skrzywdzić nas tak mocno, jak najbliższy członek rodziny. „Sierpień w hrabstwie Osage” brutalnie oddaje tą emocjonalną traumę bez nawet najmniejszej nuty fałszu. Mocna, cudownie zagrana rzecz na podstawie wybitnego, teatralnego pierwowzoru. Ręce same składają się do oklasków.

Zniewolony (12 Years of Slave) reż. Steve McQueen. USA, Wielka Brytania. 2013.
12_years_of_slaveChoć klimat rozliczeń z największymi amerykańskimi grzechami zdaje się już mocno wyeksploatowany, to „Zniewolony” uwiera jak mało który film na „ważny temat”. Jest porządnie zrealizowany i brawurowo zagrany. A do tego ma to „coś”, co nie pozwala o nim zapomnieć. Nie bez znaczenia wydaje się tu fakt, że z moralnością Ameryki rozprawia się Brytyjczyk. Zwłaszcza jeśli jest nim ten, który w siódmym kręgu piekła ludzkich instynktów i słabości czuje się jak ryba w wodzie. Po świetnym „Głodzie” i „Wstydzie” Steve McQueen znowu nie zawodzi.

Smak curry (The Lunchbox) reż. Ritesh Batra. Francja, Indie, Niemcy. 2013.
the_lunchboxPrzez żołądek nie tylko do serca, ale i do bratniej duszy. „Smak curry” to sympatyczna opowieść o tym, że marzenia nie zawsze oznaczają złudzenia i warto za nimi podążać, aż do samej starości. To także głos w sprawie miłości po 50 – że jest możliwa (a jakże). I pomimo, że nie jest to może wielkie kino, to pod warstwą melancholii i specyficznego humoru kryje się niezwykle ciepła historia o poszukiwaniu bliskości. Gdzie na szczęście indyjska kuchnia nie jest tylko przystawką. A jej smak i zapach wręcz przedziera się przez ekran. Polecam oglądać z pełnym żołądkiem.

American Hustle reż. David O. Russell. USA. 2013.
american_hustleObok „American Hustle” z pewnością nie da się przejść obojętnie. Jest to porządnie skrojona filmowa robota ze świetną stylizacją na późne lata 70-te (te kostiumy, te pokręcone fryzury) i równie umiejętnie dobraną, kapitalną muzyką. Jesteśmy też świadkami aktorskiego pojedynku pomiędzy piątką głównych bohaterów. To, co wyczynia Christian Bale budzi pełen podziw, ale i tak każdą scenę – w której się pojawia – kradnie Jennifer Lawrence. Bezsprzecznie najwybitniejsza amerykańska aktorka młodego pokolenia, gwiazda jutra. Tylko, co kryje się za tą historią o parze oszustów inteligentniejszych i sprytniejszych, niż agenci federalni? Prawda, że nie da się przeżyć całego życia w obłudzie? Fakt, że kiedyś trzeba ściągnąć maskę i skonfrontować się z samym sobą takim, jakim się jest. To, że w końcu przychodzi opamiętanie i wyrzuty sumienia. Czy może myśl, że „sztuka przetrwania to walka, która nigdy nie ma końca”. Tragikomiczny, ciekawy to film. Wydaje mi się jednak, że reżyserowi nie wypalił najważniejszy blef. Nie udało mu się mnie oszukać, że to wielkie kino, bo to „zaledwie” dwie godziny – przyznaję fachowej – ale jednak rozrywki.

Co jest grane, Davis? (Inside Llewyn Davis) reż. Ethan Coen, Joel Coen. Francja, USA, Wielka Brytania. 2013.
inside_llewyn_davisNa antypodach bajek „z życia wziętych” w stylu „Sugar Mana”, „Co jest grane, Davis?” opowiada historię muzyka, któremu się nie udało. W tym, wyjątkowo nieekscentrycznym, filmie braci Coen uderza jasno wypowiedziane przesłanie: wszyscy rodzimy się z jakimiś talentami, ale nie wszyscy dostajemy je po równo, a już na pewno nie wszyscy potrafimy je wykorzystać. Wokalista folkowy Llewyn Davis jest uzdolniony, bywa zdeterminowany, ale brakuje mu woli dostosowania się do gustów szerokiej publiczności, a może po prostu charyzmy. To wszystko plus nieznośny charakter są źródłem jego nieszczęść. Błyskotliwość tej powoli snującej się opowieści polega na odejściu od powszechnie obowiązującego terroru sukcesu. Przecież na jedną gwiazdę przypadają zapewne setki niespełnionych lub świadomie okopanych w undergroundzie artystów. I wreszcie ktoś to tak dobitnie powiedział. Dobry, refleksyjny film ze świetną, nieradiową muzyką. Kto wie, czy nie na poły autobiograficzny.

Tylko kochankowie przeżyją (Only Lovers Left Alive) reż. Jim Jarmusch. Francja, Niemcy, USA, Wielka Brytania, Cypr. 2013.

Miałem w ostatnich latach problem z Jimem Jarmuschem. Straciłem z nim wspólny język. Kres temu przynosi obraz „Tylko kochankowie przeżyją”.

To wysmakowana, niezwykle stylowa ballada o wiecznych kochankach – wampirach. Wampiry to jednak nieszablonowe, bo już dawno odeszły od zwyczajów sprzed kilkuset lat. Dziś kupują pożywienie od przekupnych lekarzy lub rozsmakowują się w lodach z krwi. To film artysty cudownie świadomego swojego stylu, który wie co, a przede wszystkim, jak chce pokazać. Detroit czy Tanger nocą chyba nigdy nie były tak odurzające… Warto dać się pochłonąć choćby dla obłędnej Tildy Swinton. Dla czarnego humoru, starych winyli i oldschoolowej muzyki, która kiedyś miała znaczenie.

Obraz ekscentryczny i klimatyczny. Kino z nerwem, soczyste od krwi.

The Grand Budapest Hotel reż. Wes Anderson. Niemcy, USA, Wielka Brytania. 2014.
the_grand_budapest_hotelCzas na coming out. Należę do Klubu Wyznawców Nieograniczonej Wyobraźni Wesa Andersona. I cokolwiek poniżej bym nie napisał, nie będzie – zapewniam – obiektywne.

Nie napiszę, więc o fantastycznie wykreowanym świecie Europy Środkowo-Wschodniej w przededniu II Wojny Światowej, który wygląda jak precyzyjne, stylowe makiety domów dla lalek, stworzone przez szalonego demiurga. Nie napiszę o szalonej intrydze kryminalnej, napędzającej film, ani o charakterystycznie groteskowych (jak zawsze) postaciach. Nie wspomnę o całej plejadzie oryginałów odgrywanych po mistrzowsku przez plejadę zaprzyjaźnionych gwiazd reżysera. Nie napiszę też o zasługującym na wszelkie nagrody Ralphie Fiennes, którego potencjał komediowy – aż do teraz – nigdy nie został do końca wykorzystany. Nie napiszę, że w szaleństwie metoda. Nie wspomnę wreszcie o cudownej iluzji świata, którego dawno już nie ma i który wywołuje nostalgię, i ciepły uśmiech na twarzy.

Nie będzie o tym wszystkim, bo i po co? Skoro na „The Grand Budapest Hotel” po prostu się bawiłem. A i owszem, doskonale.

Locke reż. Steven Knight. Wielka Brytania, USA. 2013.
lockeMężczyzna. Droga. Samochód. Telefon. Dramaty życiowych wyborów. Radość i cierpienie. Sceneria ograniczona do minimum, emocje wybuchające jak fajerwerki. „Locke” udowadnia, że prościej się nie da i… że czasami nie trzeba niczego więcej.

Wielkie piękno (La grande bellezza) reż. Paolo Sorrentino. Włochy, Francja. 2013.

Stempel dla Wiecznego Miasta. Rytm życia, dnia i nocy uchwycony w majestatycznych obrazach wystawnych przyjęć i codzienności starzejącego się dziennikarza, przemierzającego ulice Rzymu. Światło na detal, magię zatrzymanego obrazu, dźwięku, grymasu na twarzy. Rzadko spotykana w kinie przyjemność z aż tak wysmakowanych obrazów.

„Wielkie piękno” to film osobny, kontemplacyjny, ale i bezwstydnie hedonistyczny. Nieśmiało puka do bram wielkości.

Boyhood reż. Richard Linklater. USA. 2014.
boyhoodGdyby za główny cel kina uznać umiejętność jak najwierniejszego oddania prawdziwego życia to Richard Linklater swoim dziełem „Boyhood” przechodzi właśnie do historii. Nikt bowiem dotąd nie filmował przez tak długi czas (12 lat) tych samych aktorów, grających te same postaci, dojrzewających fizycznie i psychicznie – tylko, że na ekranie.

Sam film to dość prosta historia dojrzewania Masona, amerykańskiego nastolatka, która rozgrywa się na tle niewesołych perypetii jego matki. Ta wybitnie nie ma szczęścia do mężczyzn. Jednak nie opowieść jest tu najważniejsza. O takich lub podobnych słyszeliśmy nie raz. Sposób w jaki reżyser pochyla się nad swoimi bohaterami, to jak jest dla nich czuły i wyrozumiały sprawiają, że ten dobrze znany kawałek życia pulsuje prawdziwymi emocjami, odkrywa proste, ale zarazem potrzebne nam prawdy o nas i najbliższych.

Niezwykłym doświadczeniem jest obserwowanie jak aktorzy „dojrzewają” z nami na ekranie. Jak twarze czy to Ethana Hawke’a, czy – wybitnej w tej roli – Patricii Arquette poważnieją, nabierają zmarszczek, „realnieją” na naszych oczach. To ta właśnie autentyczność staje się siłą „Boyhood”. Oglądamy życie, bo kino staje się życiem. Gdzieś pod koniec filmu Mason zadaje ojcu proste, choć przecież istotne pytanie: – Tato, po co to wszystko? Odpowiedź dorosłego, dużo bardziej doświadczonego ojca jest bezwstydnie szczera: – Sam chciałbym wiedzieć. My tu po prostu improwizujemy…

Uwierający, niezwykle inspirujący kawał prawdziwego i szczerego kina.

Bogowie reż. Łukasz Palkowski. Polska. 2014.
Życie pisze najlepsze scenariusze. Ten frazes jak ulał pasuje do historii Zbigniewa Religi o wyczerpującej drodze do dokonania pierwszego, udanego przeszczepu serca. Jak na film głównego nurtu „Bogowie” są zaskakująco powściągliwi, wolni od taniego sentymentalizmu i łatwych wzruszeń. Wszystko tu się zgadza. I bohaterowie walczący o prawo do ludzkiego życia, i obraz tchórzliwego państwa, i światka lekarskiego, które z rezerwą podchodzi do nowatorskich metod ratowania ludzkich istnień. Film pokazuje, że determinacja, wiara we własne możliwości oraz gotowość do walki o swoje może przynieść spełnienie i sukces, choć okupiony ofiarą w życiu osobistym. Tą zgrabną całość dopełnia sam odtwórca głównej roli. Tomasz Kot odgrywa tu jedną z lepszych partytur w swojej karierze – jest skupiony, oszczędny w środkach wyrazu – właściwy człowiek na właściwym miejscu. Podobnie jak i Religa, który pochylony, i zmęczony zastyga przy stole operacyjnym na historycznej fotografii w ostatniej scenie. Świetne kino, którym naprawdę możemy się pochwalić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s