Krew, pot i werbel

Whiplash

Muzyka. Słuchamy jej codziennie. Towarzyszy nam w samochodzie, w podróży, w kuchni, w pracy, na słuchawkach, kiedy chcemy odpocząć. Bez niej wielu z nas nie wyobraża sobie życia. Rzadko kiedy jednak zastanawiamy się nad tym ile poświęcenia, wysiłku i pracy nad sobą wymaga jej granie, i tworzenie. O tym, ale przede wszystkim o szaleńczym pędzie do doskonałości opowiada hipnotyczny, dobry jak tylko dobry może być jazz – „Whiplash”.

Andrew to młody, ambitny perkusista, adept w renomowanej szkole muzycznej na Manhattanie, w której mentorem, ale i prawdziwym postrachem jest, stosujący wojskowy reżim Fletcher. Belfer co jakiś czas wyłuskuje z młodych, szkolących się zespołów perełki do swojego autorskiego jazzowego bandu z którym jeździ na prestiżowe konkursy. Pewnego dnia tego zaszczytu dostępuje Andrew. Od tego momentu zmieni się jego życie. Rozpocznie się jego wręcz opętana droga do bycia coraz to lepszym i lepszym. W której to chłopak zacznie się zatracać, przesuwając niebezpiecznie granice ludzkiej wytrzymałości. Czy faktycznie niebezpiecznie? Film przez dwie godziny powraca z tym pulsującym jazzowym jazgotem pytaniem. Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Z jednej strony bohater poświęca cały swój czas (nieudany związek z dziewczyną) na granie, doskonalenie warsztatu, doskoczenie do poziomu jakiego wymaga jego mentor. Marzy o byciu jednym z największych muzyków na świecie. O kimś o kim będzie się za kilkadziesiąt lat rozmawiało przy kolacji. Z drugiej strony podąża drogą, na której niemal każdy wydaje się wrogiem: koledzy z zespołu – naturalni konkurenci, dziewczyna – źródło braku skupienia na muzyce, ojciec – nie traktujący jego pasji równie poważnie jak sportowych zainteresowań kuzynów.

Whiplash_2

W swoim pędzie Andrew wydaje się bezgranicznie egoistyczny, skupiony na własnym ego. Czy jednak nie taką drogą kroczyli najwięksi jazzmani? Muzycy, którzy przerastali własną muzykę? Dobrych rzemieślników jest wielu, wielkich, prawdziwych artystów już dużo mniej. W filmie w formie plakatu pojawia się zresztą dosyć zabawna sentencja po której większość amatorów mocniejszej muzyki zaczerwieni się z wściekłości: nie masz talentu, graj rocka.

Film Damiena Chazelle’a ogląda się świetnie z kilku powodów. To fantastyczna, inspirująca opowieść o przekraczaniu własnych granic, o pasji, która może dawać pełnię szczęścia, ale i prowadzić do zatracenia. To także blisko dwie godziny fantastycznej jazzowej muzyki, która sama w sobie jest tu bohaterem. Dzięki niej obraz dziko pulsuje – czasem gna bez opamiętania, czasem zwalnia i daje chwilę wytchnienia jak kieliszek dobrego wina. „Whiplash” to też jednak cudowny pojedynek dwóch charakterów. Ambitnego, żądnego doskonałości i sławy, młodego chłopaka z domu, gdzie „większość to przeciętniacy” oraz bezwzględnego belfra, który za honor postawił sobie odkrycie wśród uczniów wielkich jazzu na miarę Charlie Parkera. I co z tego, że kosztem psychicznego szantażu i nieludzkich wręcz metod. Przecież „prawdziwi artyści nigdy by się nie zniechęcili”. Miles Teller jako Andrew robi wielkie wrażenie. Ale prawdziwy koncert daje tu wiecznie drugoplanowy J.K. Simmons. Jego Fletcher przeraża, hipnotyzuje i nie daje o sobie zapomnieć jeszcze kilka godzin po seansie.

„Whiplash” w konstrukcji przypomina trochę jazzowy utwór. Rozpoczyna się od spokojnego werbla perkusji, a kończy na wściekłej, dźwiękowej kanonadzie. Jest jak porządny jazzowy koncert – pełen krwi, potu i łez. To niezwykłe, że po finalnym ujęciu zdajemy sobie sprawę, że tym wszystkim przesiąkliśmy i musimy dopiero zdjąć ten przepocony t-shirt, żeby dojść do siebie. A i tak pozostają napisy końcowe, i zostajemy z tym cudownym uczuciem – światła nie gasną, a muzyka wciąż gra…

Whiplash reż. Damien Chazelle. USA. 2014.

A jakie WINO do tego?

Cantina_di_calasetta_Piedefranco

Oczywiście wino dobre jak jazz, choć i trudne do zdobycia, tak jak i niełatwo wykuwa się prawdziwe, muzyczne talenty. Cantina Calasetta PiedeFranco 2010, bo o nim tu mowa, to cudownie zrównoważony trunek. Wyczuwalne ciepłe aromaty dojrzałych czerwonych owoców, jak z najlepszych kompotów gotowanych przez nasze babcie. Smak aksamitny, hedonistycznie owocowy. Taniny perfekcyjnie wtopione w całość, praktycznie niewyczuwalne. To zapewne zasługa i znakomitego szczepu carignano, dojrzewającego w jednym z najlepszych siedlisk w Europie (południe Sardynii), jak i faktu, że wino to nie widziało beczki. I dobrze! Bo dzięki temu to po prostu czysta przyjemność owocu. Tak smakuje Carignano del Sulcis z Sardynii. Oklaski dla dobrego człowieka, który tego dokonał.

Wino przywiezione z wakacji na tejże wyspie, niestety niedostępne w Polsce. Cena na miejscu to około 9 euro. Importerzy do dzieła!

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s