MANGLEHORN. Człowiek z kluczem

Manglehorn_1

Jeśli coś ratuje ten film, to Al Pacino. Dwoi się i troi, żeby dało się to bez bólu oglądać. Choć ostateczny efekt i tak pozostawia wiele do życzenia.

„Manglehorn” zapowiadano jako triumfalny powrót Pacino do wielkiej formy, wielkiego kina. Miał to być film, dzięki któremu zostanie rozgrzeszony za role z ostatnich lat w mniej lub bardziej błahych produkcjach. Pacino to instytucja, to żywa legenda, której nie trzeba nikomu przedstawiać. To też – przyznaję – jeden z moich ulubionych aktorów. Z tym większą niecierpliwością przebierałem nogami oczekując na ten film. I jakie są efekty?

Pacino gra tu Angelo Manglehorna, podstarzałego faceta, ślusarza prowadzącego własny zakład z kluczami. Trochę dziwaka, człowieka zgryźliwego, malkontenta, który żyje rozpamiętywaniem swojej dawnej, utraconej miłości, a jego oczkiem w głowie jest obecnie biały – puszysty kot. Początek jest obiecujący. Zaczyna się błyskotliwą sceną – anegdotą, by zaraz uraczyć nas głosem bohatera – narratora z off-u. Charakterystyczna, przybrudzona, głęboka barwa tonu Pacino potrafiła nie raz zaczarować niejednego kinomana. Tak, byłem wśród nich. Sprytne zagranie – mimowolnie przeżyłem błyskawiczne deja vu. Znalazłem się nagle z wypiekami na twarzy w 1993 roku na seansie „Życia Carlita”. Ten sam niezwykle wrażliwy, romantyczny, pogubiony bohater. Ten sam człowiek z rysą, której nie widać na wierzchu, choć pulsuje pod skórą, wywołuje ciągłe napięcie. Ta zasłona dymna szybko jednak opada.

Manglehorn_2

Reżyser stara się wciągnąć widzów w historię na różne sposoby. Buduje klimat baśniowości, odrealnienia, pozwala sobie na frywolne zabawy formalne – częste spowolnienia, powłóczyste przenikanie się kadrów. Wprowadza kilka postaci i wątków, które mają urozmaicić ślamazarny żywot Manglehorna: sympatia z banku (dawno niewidziana, ciepła i urocza Holly Hunter), syn (człowiek sukcesu, który nagle ma problem z prawem). Film jest więc hymnem na rzecz szukania w życiu swojej drugiej szansy, głosem mówiącym, że nie warto rozpamiętywać przeszłości, bo życie jest tu i teraz, i dużo sensowniej tworzyć teraźniejszość, i przyszłość. Konkluzja to mało odkrywcza, ale słuszna i godna pochwały. Wszystko to jednak idzie na marne, bo gdzieś od 30 minuty film zaczyna nurzać się w potoku banalnych złotych myśli, dętych metafor (zwróćcie uwagę na sceny z wnuczką oraz finał) i trywialnych rozwiązań dramaturgicznych.

Sprawność techniczna może być czasem gwoździem do trumny. Główna przypadłość, na którą choruje film Davida Gordona Greena to syndrom przefajnowania. Mamy tu za dużo zabawy formą, za dużo mieszania w prostej gruncie rzeczy opowieści o starzejącym się mężczyźnie i wreszcie zbyt dużo scen, które robią wrażenie jakby były zrobione na pokaz. Szwy na tej zoperowanej twarzy pękają na naszych oczach.

Po tej tyradzie narzekania pasowałoby napisać coś dobrego. I fakt, coś się znajdzie. Mimo słabości scenariusza i nienajlepszych decyzji reżyserskich, to faktycznie najlepsza rola Ala Pacino od lat. Aktor wpuszcza sporo powietrza do stworzonej na kartce papieru postaci zgorzkniałego Manglehorna. Jest dynamiczny, kiedy trzeba, spowolniały i szary jak na zawołanie. Świetnie gra głosem (to zawsze był jego ogromny atut) i twarzą. Poza kilkoma wyjątkami właściwie nie szarżuje. Ma w zasadzie wszystkie te cechy, których zabrakło filmowi. Ma też to, do czego obraz Gordona Greena nawet się nie zbliża. Duszę. I jest to największa wygrana Pacino. Żal było obserwować w ostatnich latach tą wielką postać jak rozmieniała się na drobne na ekranie. Jest postęp, który cieszy. Szkoda tylko, że reszta nie dorównała do jego poziomu. Al, może następnym razem jednak Szekspir?

Manglehorn reż. David Gordon Green. USA. 2014.

Kvaszinger_Kanyargos

David Gordon Green to dość młody reżyser. Może tym należałoby tłumaczyć jego lekką nieporadność? Nie będę jednak tego tu rozstrzygał, lepiej napić się wina. Zostajemy w temacie młodzieży. Proponuję młodego, prawie debiutującego winiarza z Tokaju (winiarnia powstała w 2011 roku), skupiającego się głównie na uprawie odmiany furmint. Do kieliszka nalałem jego Kvaszinger Kanyargós Furmint 2012.

Na początku wyczuwalny wosk, trochę cytrusów, dojrzałych jabłek i generalnie białych owoców. Po kilku łykach czuć wyraźny owoc. Bardzo odświeżające, sprężyste, mineralne w ekspresji i czule wytrawne. Budowa dość średnia i nie jest to wino o głębi najlepszych furmintów, ale do sałaty, kurczaka, a już na pewno do filmu nada się doskonale. Tyle radości na lato do kupienia w przyjaznej cenie 39 zł. Dostępne w sklepie i wine barze Lipowa 6F / Krako Slow Wines w Krakowie.

Fotosy z filmu: Materiały promocyjne dystrybutora

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s