AMY. Serca bicie

Amy_1

Alfred Hitchcock powiedział kiedyś: w filmach fabularnych reżyser jest bogiem, w dokumentach, to bóg jest reżyserem. Historie takie jak ta o Amy Winehouse okrutnie nas o tym przekonują.

Oglądając dokument Asifa Kapadii stwierdziłem z zaskoczeniem, że pomimo, iż uważam, że moja wiedza o współczesnej muzyce rozrywkowej stoi na dość wysokim poziomie, to o samej Winehouse faktycznie wiedziałem dotąd niewiele. W mojej głowie powstał bardziej obraz pochłoniętej w nałogu narkotykowo-alkoholowym młodej gwiazdy, który jątrzony był przez media w ostatnich latach jej życia. Poza tym wizerunkiem i informacjami o ciągle powtarzających się odwykach, nie było tam więcej treści. Tymczasem to, co ciekawe w tym brytyjskim dokumencie to możliwość zetknięcia się z inną Amy, aniżeli tą, którą usilnie promowały media.

Z filmu dowiadujemy się o niezwykle silnej fascynacji Winehouse starym jazzem, który kształtował jej ścieżkę muzyczną szczególnie na samym początku kariery. To również świadectwo ogromnego szacunku wokalistki dla starych klasyków tego gatunku. Scena, kiedy już jako gwiazda nagrywa w studiu duet ze słynnym Tony Bennettem i niczym mała nieśmiała dziewczynka wstydzi się przed nim, że nie wychodzą jej partie wokalne jest niezwykle urocza i znamienna dla charakteru samej Winehouse (niezbyt zawyżone mniemanie o sobie, pisząc eufemistycznie).

Amy_2

Film ten to jednak przede wszystkim obraz niezwykle silnej miłości i toksycznego uzależnienia od drugiej osoby – jej ukochanego Blake’a Fiedlera. A w konsekwencji zgubnego uzależnienia od heroiny, kokainy i alkoholu. To także głos oskarżycielski wobec osób otaczających ją w trakcie tych kilku lat obecności na scenie – menedżerów, szefów wytwórni płytowych, dziennikarzy, paparazzi, a głównie jej ojca. Po tak ostrym przedstawieniu faktów (momentami mocno tendencyjnie) nie ma się, co dziwić, że jej papa nie chciał być utożsamiany z historią o córce.

„Amy” to jedna z tych historii, której koniec znamy. To, co dzieje się wcześniej chwilami mocno wciąga, ale ostatecznie ma się wrażenie jakby film został sklecony z dostępnych nagrań archiwalnych, a następnie dokręcono do niego brakujące wypowiedzi, gdyż materiału z obrazem po prostu nie starczyło. Nie oskarżam tego rodzaju rozwiązań technicznych, zdaję sobie sprawę, że czasami nie ma po prostu wyboru. Sęk w tym, że ta „dokrętka” burzy spójność całej narracji. Nie przestaje też drażnić stereotypowe potraktowanie przyczyn tragicznej śmierci Winehouse. Czy tylko rozwodem rodziców, pasożytniczym narzeczonym i małżonkiem, biznesowo nastawionym ojcem i osaczeniem medialnym można wytłumaczyć kruchą psychikę Amy i jej wybitną podatność na używki? A może Winehouse z natury nosiła w sobie siłę samozniszczenia? Zresztą, czy podobnej litanii oskarżeń nie słyszeliśmy już wcześniej, żeby wspomnieć tylko o najsłynniejszym współczesnym reprezentancie klubu 27 – Kurcie Cobainie?

Winehouse zmarła tragicznie 23 lipca 2011 roku w wyniku przedawkowania alkoholu. Dumnie wstąpiła do słynnej grupy gwiazd muzyki (m.in. Cobain, Jim Morrison, Jimi Hendrix, Janis Joplin), którzy swój żywot zakończyli przed 30. Jej życie, podobnie jak i film, niczym powiew wiatru urwało się nagle bez puenty. Tak jakby Amy nie była jednym z najwybitniejszych współczesnych głosów muzyki jazzowej, porównanym choćby z Niną Simone. Tak, jakby była tylko serca biciem.

AMY reż. Asif Kapadia. Wielka Brytania. 2015.

AdG_Montegiachi

Tak, wiem, że za oknem upały, ale do tak krwistej opowieści o niezwykłej osobowości trudno nie zaproponować jakiejś smacznej czerwieni o głębokim jak głos Winehouse wyrazie. Agricoltori del Geografico Chianti Classico Riserva Montegiachi 2004. Uff, nazwa długa, podobnie jak i wino. Pomimo, że w kieliszku mamy 11 lat dojrzewające sangiovese, to wciąż wyraźny jest jedwabisty owoc, ciepły akcent mocno dojrzałych wiśni, choć ja wyczułem i czereśnie. Wino krągłe o całkiem niezłej budowie i dobrej równowadze. Dobrze wytrzymało ten czas, co zapewne jest zasługą wybitnego rocznika we Włoszech, jak i całej Europie. Bardziej kwasowe, niż taniczne. W nosie silny niuch słodkich owoców. Robi się ciepło od samego kręcenia w kieliszku.
Cena standardowa w sklepie importera Salute – 80 zł. Obecnie dostępne w ofercie outletowej za rewelacyjne 39 zł.

Fotosy z filmu: Materiały promocyjne dystrybutora

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s