EVEREST. Z ludzką twarzą

Everest_1

– Chcę zdobyć tę górę, bo mogę – mówi jeden z bohaterów „Everestu” Baltasara Kormákura. Podobnie jest z filmem Islandczyka. Historię opartą na faktach reżyser pokazuje w rzetelny, zaskakująco nieśpieszny sposób. Przy pomocy całego instrumentarium kina rozrywkowego, tę mrożącą krew w żyłach opowieść przedstawia w konwencji kina komercyjnego z ludzką twarzą. Na szczęście i w blockbusterze można nie obrażać inteligencji widza.

Mamy rok 1996. Wyprawy komercyjne na najwyższy szczyt świata nabierają na rozpędzie. Wystarczy mieć odpowiednią sumę pieniędzy, jako takie przygotowanie fizyczne, nie za wielkie doświadczenie, żeby móc dołączyć do zespołu atakującego górę, która od zawsze rozbudzała wyobraźnię ludzkości. Kormákur opowiada historię, w której dwie połączone wyprawy zdobywają szczyt w okienku pogodowym, jednak w powrotnej drodze napotykają na koszmarną burzę śniegową. Ta staje się początkiem zbiorowej katastrofy.

Podoba mi się w „Evereście” powolny rytm narracji. Od scen na ulicach Katmandu, poprzez nieśpieszną, służącą aklimatyzacji drogę do bazy, trasę przez kolejne obozy, aż do heroicznego ataku na szczyt. Obraz Kormákura upodabnia się przez to do starych filmów z lat 70 – 80. Miłe wrażenie, nieczęste we współczesnym kinie nastawionym na czysty zysk. Dramaturgia nie ucierpiała też paradoksalnie na wprowadzeniu zbiorowego bohatera. Dzięki takiemu tempu akcji możemy choć przez chwilę przyjrzeć się każdej postaci, wyłuskać coś ciekawego o każdym z bohaterów. Jasne, są dość wyraźnie zaznaczeni główni aktorzy dramatu, jednakże nie przesłania to całego obrazu grupy śmiałków. Przynajmniej nie w pierwszej części filmu.

Everest_2

Oszałamiają i wyrywają z butów zdjęcia autorstwa Salvatore Totino. Część filmu kręcono w Nepalu, resztę w Alpach. Przy takiej warsztatowej sprawności, to jednak nie ma większego znaczenia. Góry, zaśnieżone bezkresne pustkowia poprzecinane szczelinami i maszerujący ludzie – drobne punkciki na planszy do gry, która z góry jest już rozstrzygnięta. Tego rodzaju kadry robią kolosalne wrażenie. Głównym obiektem operatorskiej adoracji jest tu jednak sam Mount Everest. Piękny, kuszący, potężny i przerażający. Jeszcze nigdy w filmie fabularnym nie widziałem tak cudownie nakręconych Himalajów. Za efekty estetyczne należą się w pełni zasłużone brawa.

Centralną postacią w tej straceńczej wyprawie jest Rob (dobrze obsadzony Jason Clarke). To on jest opiekunem jednej z wypraw, doświadczonym himalaistą, wyśmiewanym przez kolegów po fachu za zbytnie „niańczenie” swoich podopiecznym. Rob wyrusza na Everest w momencie, gdy jego żona spodziewa się dziecka. Naturalny dramatyzm tej sytuacji mógł się faktycznie skończyć tanim melodramatem. A tu znowu zaskoczenie. Sceny, które gdzie indziej mogłyby zostać odebrane jako zbyt łzawe, tu w magiczny sposób toczą się naturalnym torem, nie uwierają. Wierzymy w dramat zakochanych, dobrowolnie przymykamy oczy na nieprawdopodobieństwa.

Sam jestem zaskoczony, że to piszę, ale sporą zasługą „Everestu” jest także walor edukacyjny. Widzowie niezaznajomieni z tematyką himalaizmu dowiedzą się na przykład, że powyżej ośmiu tysięcy metrów w stanach obrzęku mózgu dochodzi do tak kuriozalnych reakcji organizmu, jak nagły atak gorąca, kończący się zdzieraniem z siebie ochronnego ubrania – w nieludzko mroźnej temperaturze! Takich smaczków jest więcej. Nie oznacza to jednak, że obraz Kormákura jest wolny od nieprawdopodobieństw. Dla mnie rzucającą się w oczy nonszalancją scenariuszową były szczególnie sceny zbyt częstych rozmów między bohaterami, w trakcie ataku szczytowego, czy już na samej górze (tam przecież liczy się każdy oddech). Podobnie kwestia słabo osłoniętych, w tak ekstremalnych warunkach, twarzy. Jednakże biorąc pod uwagę całość i pamiętając, że to jednak kino rozrywkowe – to tylko detale.

Najbardziej nurtującym, najciekawszym wątkiem tego katastroficznego kina przygodowego jest motywacja bohaterów. Co pcha tych ludzi do góry? Co sprawia, że na własne życzenie wydają kupę kasy i dobrowolnie skazują się na tygodnie walki, drogi przez psychiczną i fizyczną mękę? Co wreszcie sprawia, że ryzykują swoje życie? W jednej z namiotowych rozmów przed atakiem szczytowym, Beck – udający twardziela Teksańczyk – w przypływie szczerości dziwi się sobie i koledze, że wystawili się na ciąg nieprzerwanego cierpienia. Bo z perspektywy ciała to jest nieprzerwane cierpienie – rozrzedzone powietrze, krótki oddech, niedotlenienie mózgu. Nieprzypadkowo magiczną strefę powyżej ośmiu tysięcy nazywa się „strefą śmierci”. Beck sam sobie odpowiada, że tu, tak wysoko w górach czuje, że żyje. Czuje się tak dobrze, jak nigdy nie był w stanie się poczuć w domu. Jego kolega z namiotu, Doug, próbuje zdobyć szczyt świata już po raz trzeci. W sytuacji ekstremalnego wycieńczenia pod wierzchołkiem Everestu może podjąć jedną z dwóch decyzji. To w zasadzie pytanie o śmierć lub życie. Mimo, że wydaje się, że ma wolność wyboru, to absurd i zarazem fenomen tego ciągu ku górze sugeruje nam, że tego racjonalnego wyboru został „pozbawiony”. Walka o szczyt wygląda tu jak zamknięcie w pokoju bez klamek. Niezwykle gorzka to refleksja na temat absurdalnych i często patologicznych wypraw komercyjnych dla nieprzygotowanych, samozwańczych „zdobywców”. ****

EVEREST reż. Baltasar Kormákur. Islandia, USA, Wielka Brytania. 2015.

Dziś musicie wybaczyć, ale nie będzie zaskoczenia. Do filmu o górach – wino prosto z góry. Nie jakiejś tam zwykłej góry, lecz góry Somló na Węgrzech. Wypiętrzony, dawno uśpiony wulkan zapewnił temu butikowemu regionowi winiarskiemu doskonałe warunki do uprawy niezwykle osobliwych, mineralnych win białych. Winorośl dojrzewa tu głównie na ziemiach bazaltowych.

Kreinbacher_St_Ilona_Olaszrizling

Z tej winiarskiej ziemi obiecanej pochodzi nieskomplikowany Kreinbacher St. Ilona Olaszrizling 2009. Wino starzone w beczce, przez co ujawnia trochę dębowych aromatów. Do tego intensywne migdały, daleka gruszka w zapachu. Wyraźnie słonawe, mineralne i świeże. Na końcu szczypta goryczki. Nieźle zbudowane wino codzienne z niecodziennego terroir. Pić raczej samo. Wino dostępne na indywidualne zamówienie u importera Interwin. Cena za tę przyjemność na co dzień, to zaledwie 36 zł. ****

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s