DZIKA DROGA. Z buta

Wild_1

Jak odnaleźć siebie po stracie matki i rozpadzie małżeństwa? Można jak Cheryl Strayed przemierzyć pieszo tysiące mil wzdłuż całych Stanów Zjednoczonych. Ten wysłużony motyw kina drogi Jean-Marc Vallée traktuje z godną podziwu powściągliwością, poszanowaniem tradycji i bez zbędnych pretensji artystycznych.

Cheryl Strayed (Reese Witherspoon) pokłóciła się z życiem i stanęła na rozdrożu, pogrążona w smutku po śmierci matki. Sama też narozrabiała. Jej harce z narkotykami i częsty, przypadkowy seks z nieznajomymi, raczej nie pomogły w utrzymaniu małżeństwa z Paulem. Życie potraktowało ją mocno z buta i kopnęło prosto w tyłek. Jednak zamiast usiąść w kącie i rozpaczać postanawia coś z tym zrobić – przemierzyć z buta właśnie cały Pacific Crest Trail. To nie lada wyzwanie – psychiczne, jak i fizyczne.

Vallée nie skupia się tylko na jednym. Pokazuje co prawda cierpienie ciała, pot i rany, ale jego atencja krąży bliżej uczuć. Bliżej serca. Cheryl od samego początku wędrówki wątpi w swoje siły, sama podważa swoją własną wolę i co jakiś czas chce zrezygnować z wędrówki. Jest młodą, upartą kobietą, która przy całej swojej zawziętości nieprzerwanie pokazuje kruchość i delikatność. Walczy ze sobą, czy może właśnie bardziej kłóci się z własnymi myślami i wspomnieniami. Czy mogła postąpić inaczej? Czy gdyby powściągnęła swój nieokrzesany charakter byłaby teraz w innym miejscu? Mamy całe dwie godziny, żeby razem z Cheryl przejść tą nietypową psychoterapię. Gdyby za gwarancję wyleczenia wziąć piękno przyrody, fizyczne zmęczenie oraz życiodajne, czyste powietrze – należałoby zarządzić odwrót od lekarskich kozetek, a zawód psychologów musiałby się pogrążyć w niebycie.

Wild_2

Jest takie powiedzenie – jeśli nie potrafisz być sam ze sobą, nie będziesz umiał być także z innymi. Cheryl zgłębia to doświadczenie na pełen etat. Wędruje, potyka się, przeklina, płacze, krzyczy, wścieka się i mówi do siebie, a własne przemyślenia przeplata z cytatami słynnych pisarek. Jest sama ze sobą, przez długie godziny, dni, tygodnie. Od czasu do czasu spotka kogoś, z reguły mężczyznę. Skorzysta z pomocnej dłoni, ale w zasadzie do końca wędrówki pozostanie sama. W myśl zasady – bierz odpowiedzialność za siebie, swoje życie i samopoczucie.

Specyfika takiego kina polega na tym, że z reguły trudno w nim o zaskoczenie. Akcja toczy się leniwie, mile mijają, czas upływa, a bohater nawet jeśli jest bez precyzyjnie wyznaczonego celu – zawsze nieuchronnie zbliża się do końca wędrówki. Dziewiczo czysty przykład tej poetyki oglądaliśmy wiele lat temu w „Prostej historii” Davida Lyncha. Tam na horyzoncie bohatera majaczył jednak jakiś punkt docelowy – wizja spotkania z bratem. W „Dzikiej drodze” tego nie ma. Cheryl wędruje, żeby wwiercić się we własną duszę i głowę. Chce dojść do osławionego miejsca – Mostu Bogów. I tyle. Zgoda, że cierpi na tym atrakcyjność dramaturgiczna filmu. Akcja nie porywa i nie trzyma w napięciu. Film Vallée to jednak jeden z tych obrazów, który swój popisowy koncert – używając metafory muzycznej – gra na małej scenie. Nie pcha się na main stage, bo nie ma takich ambicji, a przede wszystkim ma inny cel.

Na końcu drogi Cheryl dochodzi do przekonania, że gdyby miała cofnąć czas, to zrobiła by wszystko tak samo. Ten nastrój pogodzenia się ze sobą oraz spokojny, nienarzucający się ton „Dzikiej drogi” perfekcyjnie koreluje z drugim bohaterem filmu, który gaży raczej nie otrzymał – z naturą. Jest ona w obrazie Kanadyjczyka cichym, nie narzucającym się bohaterem. Wypełnia, chcąc nie chcąc, każdą scenę: przelewa się rwącym górskim potokiem, szumi konarami drzew, mrozi bezkresną zaśnieżoną łąką. Elektryzuje przeszywającym spojrzeniem lisa, którego Cheryl spotyka na dalekiej północy kraju. W tej mającej coś z magii scenie, dziewczyna wyskakuje z namiotu i goni za nim, krzycząc, żeby poczekał. Lis jest pierwszym żywym stworzeniem, które widziała od dawna. Trudno o lepszą ilustrację do tej pospolitej, w gruncie rzeczy prawdy – wszyscy, nieważne jak bardzo cenilibyśmy czas spędzony z samym sobą, ciągniemy i lgniemy do innych. Jak lisy, jesteśmy przecież ssakiem stadnym. ****

DZIKA DROGA (Wild) reż. Jean-Marc Vallée. USA. 2014.

Z tą bezkresną wędrówką skojarzył mi się kraj winiarski, którego dawno nie próbowałem – Chorwacja. Kraj, który winiarsko wciąż jest mało obecny w Polsce. Wino Damjanić Akacija 2011 to wino nieszablonowe z kilku powodów. Po pierwsze powstaje na półwyspie Istria, z którego rzadko coś trafia nad Wisłę. Po drugie jest to rzadki szczep Malvasija Istarska, który dojrzewał w beczce z drewna akacjowego (tak, tak!) 8-12 miesięcy. I co my tu mamy?

Damjanic_Akacija

Akacija zaleca się złotym kolorem (barwa zapewne od beczki). W nosie wyczujemy zapachy miodu. Są też i refleksy istriańskiej łąki – zioła i kwiaty polne. W smaku zacna kwasowość, wyraźny owoc. Wino jest pełne materii, poważne, dobrze zbalansowane i świeże. Na języku delikatna słoność i lekko pikantny finisz. Wypiłbym to do serów, jak i owoców morza. Ten chorwacki rarytas można kupić za 63 zł w krakowskim sklepie importera Solovino. A na koniec drobny apel do importerów – poproszę więcej Chorwacji w Polsce! ****

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s