LEGEND. W Londynie bez zmian

 

Legend_1

„Legend” zatrzymuje się w połowie drogi między stylowym freskiem o Londynie lat 60., gangsterskim mitem w stylu Martina Scorsese, a kryminalną zgrywą a la Guy Ritchie. Tom Hardy w podwójnej roli gangsterów bliźniaków cierpi na podobną przypadłość – w jednym wcieleniu tnie po oczach charyzmą jak brzytwa, w drugim irytuje niczym skrobanie kredą po tablicy.

Zamarzyła się Brianowi Helgelandowi gangsterska epopeja. Pretekst był kuszący. Pretekst, czyli prawdziwa historia dwóch bliźniaków – Reggiego i Rona Kray – okrutnych i bezkompromisowych gangsterów, którzy kilkadziesiąt lat temu terroryzowali londyński East End. Brzmi sexy? Brzmi. Co z tego wynikło? Ano odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Napięcie i feeling miało przysporzyć filmowi skonfrontowanie tych dwóch silnych osobowości. Powszechnie się uważa, że bliźniactwo to jedyna w swoim rodzaju więź. Odczuwa się ją silniej, często się zdarza, że w jednym momencie rodzeństwo myśli o tym samym, odczuwa ten sam ból etc. Przypadek braci Kray pokazuje, że im mocniej kogoś kochasz, tym mocniej jesteś go w stanie znienawidzić. Zgodny początkowo duet dryfuje w kierunku konfliktu – bracia inaczej widzą rozwój swojego „biznesu”, różnią ich metody i temperament, łączy w zasadzie wyłącznie poczucie więzi rodzinnej. Ich, na początku subtelne, a później rozjuszone wściekłością werbalne i fizyczne starcia, to teoretycznie samograj. I zaiste, kiedy Tom Hardy pojawia się podwójnie na ekranie – robi się ciekawiej. To, co mi tu nie gra?

Legend_2

Mógłbym co prawda powtórzyć za Reggie Krayem – Nie będę narzekał. I tak nie miałby kto słuchać. Mam jednak nadzieję, że wy posłuchacie. Żeby było jasne – „Legend” Tomem Hardym stoi. W roli Reggiego poraża intensywnością ekspresji, a przy tym jest w jego postaci jakaś szlachetna finezja. Z jednej strony widzimy, że łajdak, z drugiej – taki, którego się kocha. Niejednoznaczna, świetnie napisana i równie wybornie zagrana partia. Ron z założenia ma być jego przeciwieństwem. Nieobliczalny, demoniczny, siejący postrach szaleniec. Gdyby wszystko zagrało, przed ekranem z emocji zagryzalibyśmy wargi. Był potencjał na precedensowy pojedynek aktorski z samym sobą. Tymczasem główna emocja jaka płynie z diabolicznej kreacji Hardy’ego to irytacja. Przesadzona jest ta interpretacja. Aktor zbytnio szarżuje ekspresją, przegina z modulacją głosu, czego efektem jest nieznośna maniera. Ciekawy to przypadek. Czyżby nie dało się bezbłędnie zagrać dwóch ról naraz? Mam nadzieję, że uda się kiedyś ten paradoks obalić.

Helgeland nie może się też zdecydować, co do kierunku, w którym film podąża. Ma ambicję, żeby zostać kronikarzem brytyjskiej historii, strażnikiem gangsterskiego mitu w stylu klasyka gatunku Martina Scorsese. Brak mu jednak jaj by być do końca konsekwentnym i trzymać się tej konwencji. W zamian fragmentami puszcza oko do widza – bawiąc grepsami w stylu gangsterskich komedii Guya Ritchie. Zgoda, obie inspiracje dobre i nie ma się czego wstydzić. Ale twierdzę, że historia ze znaczkiem „based on true story” na czole, zasługiwała jednak na poważniejsze potraktowanie.

To, co w „Legend” może się bezdyskusyjnie podobać, to – obok wspomnianej stylowej kreacji Hardy’ego – krajobraz Londynu z epoki. Samochody, kostiumy, eleganckie kasyna, kluby, wystrój wnętrz, aura wielkomiejskiego życia i blichtru oraz nieograniczone możliwości, które do dziś przyciągają nad Tamizę miliony imigrantów. Fascynuje szczególnie zderzenie biedniejszych przedmieść z eleganckimi dzielnicami – sercem londyńskiej rozrywki i kultury. Czy pod względem tego klasowego zróżnicowania Londyn się zmienił? Najpewniej odpowiedzieć mogą ci, którzy na co dzień oddychają brytyjską metropolią.

Odnosi się wrażenie, że w filmie Helgelanda wszystko dzieje się pod dyktando facetów. Kobiet w tym męskim świecie jakoś mało. Choć narratorem z off-u jest ukochana Reggiego, to paradoksalnie rola niewiast sprowadzona jest tu do ozdobników. Trudno w „Legend” wypatrzyć pełnokrwista silną kobietę, która byłaby równym partnerem dla mężczyzny. I choć, co prawda Emily Browning w roli Frances próbuje ten szklany klosz przebić, to robi to z mizernym efektem. Oddajmy jednak sprawiedliwość – poza drobnymi wyjątkami gangsterskie kino is a man’s world. Taka to legenda. A jak wiemy z dzieciństwa – legend się nie zmienia. ****

LEGEND reż. Brian Helgeland. Francja, Wielka Brytania. 2015.

Bolyki_Egri_Bikaver

A do filmu młoda, bo młoda, ale już legenda z Egeru. Na chłody na zewnątrz i na rozgrzanie wewnątrz proponuję Bolyki Egri Bikavér 2013 od jednego z najbardziej znanych i (pardon) hipsterskich winiarzy na Węgrzech.

Przyznaję, otworzyłem to wino za wcześnie. Do większej równowagi potrzebuje zapewne jeszcze ze 2-3 lata. Niemniej jednak, to ciekawy eksperyment – sprawdzić bikavera młodego, nie w pełni jeszcze okrzesanego. To klasyczna egerska mieszanka szczepów Cabernet Franc, Merlot, Portugieser, Zweigelt i Kékfrankos. W pierwszym niuchu dominują nuty ziemiste, kwaśne. Skojarzenia z mokrymi liśćmi zerwanymi po burzy nie są bezpodstawne. Frakcję owocową sponsoruje litera „J” jak jeżyny. W smaku świeży owoc, mocno jeszcze zielony. Całkiem długie, subtelne taniny. Podkreślam – temu rocznikowi trzeba jeszcze dać czas. Na ten moment Bolyki dobrze poszedł w towarzystwie gołąbków z grzybami. Z deską serów i wędlin też mu będzie po drodze. Starsze roczniki „byka” dostępne (od 52 zł) u trzech importerów – w Salonie Win Karpackich, Rafa-Wino, Winofani a także w sklepach z nimi współpracujących. ****

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s