UGOTOWANY. Deseru nie było

Burnt_1

Kiedy w sympatycznej i smacznej restauracji oddajemy się kulinarnej rozkoszy, i z potrawy na potrawę chcemy więcej, i więcej – wyczekujemy deseru jak kropki nad i, jako dopełnienia ciągu kulinarnej ekstazy. Oglądając „Ugotowanego” nie czekałem na deser. Szkoda, lubię desery.

Z pozoru w tym przepisie wszystko się zgadza. Odpowiednie produkty – świeże, nienawożone chemią, wolne od GMO – wdzięczą się na stole. Dorodne warzywa i owoce mienią się barwami natury. Mięso pochodzi od zaprzyjaźnionego rolnika – nieprzerośnięte tłuszczem, jędrne, zdrowe – od szczęśliwego zwierza. Przyprawy odmierzone w odpowiednich ilościach czekają na dodanie do wywaru. W kącie błyszczy się nóż szefa – naostrzony, należycie wyprofilowany, gotowy na każde, nawet najtrudniejsze cięcie. Wybija godzina zero, narzędzia kuchenne idą w ruch, rozpoczyna się rytuał gotowania. I co? I nic – bez zaskoczeń. Smacznie jest – zwrotów nie przewiduję. Brakuje jednak błysku geniuszu, tej szczypty magii, która sprawia, że apetyczna potrawa nie zostaje tylko na chwilę w żołądku, lecz mości sobie przytulne gniazdko w głowie – i działa jak najsilniejszy narkotyk. I sprawia, że za tym upragnionym daniem tęsknimy, i śnimy po nocach – jak za pierwszą niewinną miłością.

Taką właśnie zawodową poprzeczkę stawia sobie Adam Jones (Bradley Cooper) – kucharz marnotrawny, który za młodu jako szesnastolatek zachłysnął się sukcesem w gastronomii. Gdy był podlotkiem trafił do kuchni renomowanej paryskiej restauracji pod skrzydła mistrza Jean Luca. Odniósł sukces na który wielu pracuje latami. Przedwczesny splendor sprawił jednak, że młody szef kuchni popadł we wszelkie możliwe (alkohol, narkotyki) uzależnienia i roztrwonił pozycję, i pokładane w nim nadzieje. Adama poznajemy po kilku latach od tamtego sukcesu. Na finiszu jego osobistego czyśćca, gdzieś w zabitej dechami spelunie w stanie Nowy Orlean, gdzie na akord rozłupuje ostrygi. Film to opowieść o jego karkołomnej wspinaczce – ekwilibrystycznym powrocie na szczyt. Adam wraca na stare śmieci (do dawnych wrogów i przyjaciół) i chce stworzyć restaurację w Londynie, która zdobędzie trzy gwiazdki Michelina.

UNTITLED JOHN WELLS PROJECT

„Ugotowany” dotyka w gruncie rzeczy przekleństwa współczesności. Wielu z nas – dobrowolnie lub nie – bierze udział w ciągłym maratonie do doskonałości. Indoktrynowani przez media, książki, poradniki, trenerów życiowych – biegniemy w wyścigu o to, kto będzie najlepszy, kto uzyska najkorzystniejszą pozycję, kto okaże się najbardziej elokwentny, szczęśliwy i spełniony. Porażki i błędy zamiata się pod dywan, w cenie jest tylko sukces i pierwsza pozycja na mecie. Film Johna Wellsa podgryza ten temat od strony gorączki, jaką ogarnia szefów kuchni ranking gwiazdek Michelina. Oglądając ten nerwowy wyścig po największe kulinarne odznaczenie, ma się wrażenie, jakby zamiast kuchni na ekranie ktoś naszkicował pole bitwy, na którym każdy żołnierz pomimo odniesionych ran wstaje z kolan i na aferę – bez asekuracji – biegnie naprzeciw wrogowi. Życie, co potwierdza film, to jednak nie poradnik „Jak odnieść sukces w 10 minut”, a prawdziwi ludzie bywają słabi i są pełni ułomności. To właśnie element ludzki (każdy popełnia błędy) i mocno podkreślana przewrotność losu (nawet jak się starasz i dajesz z siebie wszystko, możesz ponieść porażkę) – sprowadza obraz Wellsa choć chwilami na ziemię. Bo „Ugotowany” ma tendencję – co piszę z przykrością – do zbytniego upraszczania rzeczywistości i za często ślizga się po bohaterach jak (nomen omen upraszczając) masło po patelni.

Wróćmy jednak do jedzenia – to ono miało być w centrum uwagi. Sceny przyrządzania potraw, czy może bardziej kuchennych batalii drużyny Adama Jonesa (o osiągnięcie stanu perfekcji, który pozwoli zdobyć kolejną mityczną gwiazdkę) – stępiają ostrze noża, który z kina o jedzeniu z reguły wykrawa dla widza łakomy kąsek. Zamiast hedonistycznego, soczystego, ociekającego oliwą extra virgine food porn mamy tu raczej miękką erotykę, którą przez przypadek ktoś wyemitował w paśmie popołudniowym. „Ugotowany” nie wprowadza ślinianek w gorączkowy rozedrgany taniec. Jedzenie na ekranie jest i owszem, lecz brakuje mu tej dzikiej, pierwotnej seksualności, finezji, która sprawiała, że oglądając choćby „Szefa” przeglądaliśmy w wyobraźni lodówkę – snując plany na gastrofazę po napisach końcowych. Co zawiodło? Myślę, że obraz Wellsa ma po prostu przesunięte gdzie indziej akcenty. To bardziej film coachingowy, odpowiadający na pytania – jak odbudować swoją nadszarpniętą reputację, jak stać się na powrót najlepszym, jak nauczyć się gry zespołowej, gdy doświadczenie pokazuje, że jako solista w kuchni i w życiu się nie wygra. Ot i zacięcie dydaktyczne kosztem lekkości.

„Ugotowany” nie razi też oryginalnością, a puenty nietrudno się domyślić. Klisze gatunkowe, których używa (kto się czubi, ten się pokocha, podwładni z kuchni to twoja rodzina) sprawiają, że ciężko o większe emocje i zaskoczenie. Na szczęście na wydawce bez zarzutów pracują aktorzy. Bradley Cooper – jeden z najbardziej eksploatowanych ostatnio amerykańskich aktorów – jest wystarczająco czarujący, buntowniczy, zadziorny, a i ujmująco pogubiony, żeby skraść serca żeńskiej części widowni. Na drugim planie jest jeszcze ciekawiej. Świetną partię odgrywają Daniel Brühl w roli właściciela restauracji i zwłaszcza Sienna Miller jako zastępca szefa kuchni. To dla mnie największe pozytywne zaskoczenie po seansie „Ugotowanego”. Panno Miller, jestem nowym fanem.

Mimo przeciwności losu Adam Jones zdobywa (kto by pomyślał!) w końcu trzecią gwiazdkę Michelina. Udowadnia sobie, dawnym przyjaciołom i konkurentom, że jeśli chodzi o szefów kuchni – był i jest najlepszy. Ile warte są słynne gwiazdki? Jak zawsze – punkt widzenia będzie uzależniony od punktu siedzenia. Dla herosów perfekcji, układających z zegarmistrzowską precyzją dania na talerzach – będzie to Mount Everest w gastronomii. Dla kucharzy mentalnie wolnych od tej rywalizacji – kolejna statuetka, która pozostawiona na półce pokryje się kurzem. Obie perspektywy są cenne i mają swoich zwolenników. Jeśli o mnie chodzi, to wybieram poczciwą, ale rozkosznie hedonistyczną szarlotkę na ciepło, z lodami waniliowymi kosztem wystudiowanego ravioli z malin. Bo tak. „Ugotowany” nie daje niestety możliwości wyboru. Powtórzę – a szkoda, lubię desery. ***

UGOTOWANY (Burnt) reż. John Wells. USA. 2015.

JMF_Jose_de_Sousa

Do kina kulinarnego polecam flaszkę, która z kuchnią zrozumie się bez słów. Mowa tu o portugalskiej czerwieni z Alentejo – José Maria da Fonseca José de Sousa 2012. Na kontretykiecie ciurkiem wypisane trzy sczepy: Grand Noir, Trincadeira i Aragonez. Kolor ciemno-czerwony. Od początku atakuje mocnym, soczystym owocem. Wyczuwalny las w postaci jeżyn, trochę też nut pestkowych i korzennych (ładnie zintegrowana beczka). W smaku średnio-pełne, dobrze zrównoważone, ze zdrową kwasowością, miękkimi taninami i lekką goryczką w końcówce. Wino gęste, częściowo fermentowane w amforach, o czym producent oznajmia na ładnej skądinąd etykiecie. Ciekawostka: Jose Maria da Fonseca to najstarszy producent portugalski wytwarzający wina stołowe. Na spotkanie z historią w tak przystępnym wydaniu zapraszam do sieci sklepów Dobre wina. Promocyjny bilet wstępu – 29 zł. ****

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s