11 MINUT. W oku przypadku

11_minut_1

Nowy film Jerzego Skolimowskiego wszystko intensyfikuje. Wszystko tu jest bardziej. Zdrada, zazdrość i namiętność są bardziej intensywne, tempo, i montaż filmu bardziej dynamiczne. A wszystko to w imię czego? W imię efekciarskiego wideoklipu o sile przeznaczenia i przypadku.

Kilku bohaterów postawionych na szachownicy. Ich losy splotą się i jak pochodnia spalą w żywiole przeznaczenia. Obsesyjnie zazdrosny mąż, żona biorąca udział w dwuznacznym castingu do roli, były wykładowca, który po obyczajowym skandalu wraca z ukrycia, by sprzedawać hot dogi, jego syn – kurier, młoda para, o której nie dowiadujemy się zbyt wiele i dziewczyna „z przeszłością”, w fikuśnej fryzurze z psem. Pionki, którymi reżyser niczym demiurg porusza jak chce. Gdzieś już to widzieliśmy, nieprawdaż? „Na skróty” Roberta Altmana, „Magnolia” Paula Thomasa Andersona, „Babel” Alejandro Gonzáleza Iñárritu – to tylko kilka ze współczesnych przykładów. Tam jednak, gdzie dwójka Amerykanów i Meksykanin potrafili z wielowątkowych, mozaikowych opowieści wydobyć ważkie i aktualne dla widzów przesłanie, tam Skolimowski wpadł do dołka, który sobie sam wykopał. Ten dołek to maniera, niezwykle irytująca maniera.

Plan był ambitny. Kinowy wyga pokroju Skolimowskiego, do znanego w kinie motywu (równoległe historie bohaterów, nieuchronnie zmierzające do połączenia w jedno wydarzenie) chciał podejść na swój osób – dodać coś od siebie. Reżyser zamknął swoich bohaterów na dość małej przestrzeni (współczesna, zrobiona na amerykańsko Warszawa), a kluczowe momenty ich poszczególnych historii rozegrał równolegle w odstępie zaledwie kilkunastu minut. Chciał zintensyfikować efekt nieuchronności przeznaczenia, pokazać, jak często wiele życiowych wydarzeń zależy nie od nas, a od przypadku. To przecież zawsze robi wrażenie na ekranie. Dobrał do tego wyśmienitą obsadę – uznane nazwiska z domieszką młodych, świetnie zapowiadających się młodych wilczków polskiego aktorstwa. W teorii powinno, więc wszystko wypalić. Dlaczego tak się nie stało?

11_minut_2

Skolimowski jest twórcą niezwykle zasłużonym w polskim kinie i nikt mu tego nie odbierze. Nikt też nie ma wątpliwości, co do jego sprawności, czy wręcz brawury realizatorskiej. W „11 minutach” zabrnął jednak o jeden most za daleko (nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, ze to efekt zamierzony) w zabawie formą. Na lewo i na prawo rzuca się w oczy przesyt stylistyczny. Pamiętam, że byłem pod ogromnym wrażeniem jego powrotu do polskiego kina sprzed kilkunastu lat. W skromnym, zwartym formalnie i konsekwentnym stylistycznie filmie „Cztery noce z Anną” – zachwycał wrażliwością, świadomością swojego stylu, a równocześnie tak innym spojrzeniem od pozostałych polskich reżyserów. Świetną formę potwierdził obrazem „Essential Killing”, który mógł momentami irytować artystyczną i formalną megalomanią, ale wciąż był filmem żywym, kipiącym od emocji (tłumionych z przymusu przez głównego bohatera). Niestety w „11 minutach” manieryczność jego stylu dominuje nad resztą elementów kina ala Skolimowski.

Skąpana w słońcu Warszawa jest w oku Skolimowskiego wyrwanym z polskiego kontekstu miastem znikąd. Reżyser pokazuje ją „po amerykańsku”. Oko kamery skupia się na ruchliwych, wypełnionych samochodami ulicach i co rusz podnosi się do góry, pokazując najwyższe piętra biurowców wraz z ich eksluzywnymi apartamentami. Nieprzypadkowo, nawet sceny „chodnikowe” i „trawnikowe” kręcone są w taki sposób, że albo obiektyw ustawiony jest z perspektywy psa na smyczy, albo postać kręcona jest od dołu, od klatki piersiowej wzwyż w kierunku czubków najwyższych budynków w mieście. Operator dostał wyraźne zadanie, żeby nie kręcić centrum Warszawy w planach ogólnych, miasto miało kojarzyć się z miejscem uniwersalnym, w którym to, co się dzieje, może wydarzyć się wszędzie. Zamysł naprawdę fajny, wiem nawet dokąd zmierzał. Ostentacyjne spojrzenia w górę, to nic innego jak symboliczne spoglądanie w kierunku „tego, który tym wszystkim zarządza”. Tylko czemu ta realizatorska zabawa sprzedana została w tak nachalny sposób? I co jest większym grzechem – dlaczego reżyser tak oddalił się od swoich bohaterów?

Wydawać by się mogło, że przy takiej konstrukcji scenariuszowej to ludzie i ich historie powinni być w centrum uwagi. Ze sceny na scenę powinniśmy się dowiadywać o nich więcej i więcej. Niestety w „11 minutach” postacie są ledwo naszkicowane. Pomimo, że poznajemy je w bardzo ograniczonym czasie, to jestem pewny, że poprzez bardziej pogłębiony rysunek psychologiczny, udałoby się stworzyć z nich pełnych, wyrazistych bohaterów, jak to się powszechnie mówi – z krwi i kości. Tymczasem na ekranie mamy kilka wątków z szamoczącymi się ludźmi, o których wiemy niewiele. Ani tu większego charakteru, ani motywacji działania. Tak, więc się pytam, co z takiej mąki miał upiec Andrzej Chyra, Agata Buzek, Dawid Ogrodnik, Wojciech Mecwaldowski, czy nawet Jan Nowicki? Nie wspomnę o mniej doświadczonych (i przypuszczam mniej brawurowych) koleżankach i kolegach. Aktorzy są, wygłaszają kwestie i grają w tą grę, bo wiele więcej zrobić nie mogą. Jak dla mnie – szkoda ich czasu i potencjału.

Kulminacja „11 minut” jest mocna i efektowna, jak to zwykle bywa w takich mozaikowych równoległych opowieściach. Trzeba oddać Skolimowskiemu, że precyzyjny (jeśli chodzi o timing) scenariusz nie potknął się po drodze i wszystkie wątki lepiej lub gorzej odnajdują się w końcówce filmu. Efekt sprawności potęguje naprawdę świetny montaż. To jednak nieliczne atuty filmu. Reżyser ostatnim ujęciem stawia stempel na koncepcie, jaki mu przyświecał. Dziki metalowy utwór, zatrzymany kadr z ekranu miejskiego monitoringu multiplikuje się w miliony innych ekranów z całego świata, perspektywa się oddala – oko stwórcy czuwa. Takich poplątanych ludzkich historii dzieje się tu i teraz, na Ziemi, na pęczki – zdaje się mówić reżyser. Pozostaje liczyć, że gdzieś tam na drugim krańcu świata ten absurd życiowego przypadku ktoś uchwyci bardziej po ludzku. Wiem, że to możliwe. ***

11 MINUT reż. Jerzy Skolimowski. Polska, Irlandia. 2015.

Ironstone_Old_Vine_Zinfandel

Pomimo, że film nienajlepszy, to winnie nie spuszczamy z tonu. Drugi dom Skolimowskiego to USA, wybór, więc wydał się oczywisty. Tym razem wędrujemy właśnie tam. Ironstone Vineyards to rodzinna winiarnia, która od ponad 60 lat wytwarza wino w apleacji Lodi, w Kalifornii. Ironstone Vineyards Old Vine Zinfandel 2013 (Wine Avenue, 51 zł) to wino powstałe ze starych (ponad 45 lat) winorośli.

W nosie wyczuwalne sycąca (charakterystyczna dla Zinfandela) jeżyna i dojrzała (ale nie przejrzała) śliwka. Wysoki alkohol (14,5 proc.) został świetnie wtopiony w soczysty i jędrny owoc. To, jak i pluszowa tanina sprawiają, że wino niebezpiecznie zachęca do napełniania co chwilę kieliszka. Wino stosunkowo gęste, dobrze zbudowane, o średnio-długim finiszu. Ironstone jak na zina nie jest zbyt konfiturowe. W hierarchii umiejscowiłbym go pomiędzy dżemowymi Kalifornijczykami, a bardziej wyrafinowaną i kwasową czołówką regionu. Świetnie się pije, szybko ubywa z butelki – godna propozycja na jesień. ****

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s