DEMON. Na kacu

Demon_1

„Demon” językiem mroczno-biesiadnej ballady opowiada o – potraktowanym dwojako – przybyszu z zewnątrz. Kluczem do filmu Marcina Wrony jest dybuk, a cały obraz mieszając powagę horroru z poetyką polskiego kina biesiadnego, nosi znamiona schizofrenii.

Film opowiada o Piotrze, ksywka Pyton (Itay Tiran), który przyjeżdża z Anglii na ślub z Żanetą (Agnieszka Żulewska), mający się odbyć w starym dworku przekazanym w prezencie przez ojca panny młodej. Przed weselem pan młody odkrywa ludzkie szczątki zakopane obok posesji. Impreza się rozpoczyna, tymczasem Piotra zaczynają nawiedzać wizje i halucynacje. Potem robi się już tylko ciekawiej.

Wrona bez upiększeń pokazuje zawładnięcie ciała żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Pochodzący z mistycyzmu i folkloru żydowskiego dybuk wydaje się tu jednak tylko dramaturgicznym wytrychem. Reżyser równolegle sięga bowiem po kinowy motyw przybysza z zewnątrz (tu Anglik przyjeżdżający z wielkiego brytyjskiego miasta na polską prowincję), który na zastaną rzeczywistość, obyczaje i tradycje patrzy jak przez filtr, i może sobie pozwolić na zrozumiały w tych okolicznościach dystans. Motyw odrębnej perspektywy potęguje scenariuszowa, symboliczna klamra, którą zastosowano na początku i na końcu filmu. Piotr, żeby dostać się do rodzinnej wioski swojej wybranki musi przeprawić się promem przez rzekę, na której nikt dotąd nie zbudował jeszcze mostu. Naturalna bariera odgradza świat z którego przybywa od mikrokosmosu polskich ułomności, wierzeń i fobii. Na końcu filmu tą wodną granicę tylko, że w przeciwnym kierunku będzie przekraczała bohaterka z wewnątrz. I będzie to ucieczka od zła i mroku weselnych wydarzeń, pozostawienie całego ciężkiego bagażu za sobą.

Demon_2

„Demon” jest gatunkowym kolażem. Z jednej strony to lekka biesiadna przypowieść o wiejskim weselu z całą galerią weselnych indywidualności (świetny Adam Woronowicz w roli doktora, równie dobry Andrzej Grabowski jako teść). Mamy tu więc klasyczną listę biesiadników, którzy na każdym filmowym przyjęciu muszą się pojawić. Oprócz wymienionych znajdzie się, więc i ksiądz, znajdzie się i nauczyciel starej daty, zanudzający młodych gości swoim przydługim, i niedzisiejszym toastem, znajdą się, i weselni zadymiarze. Parkiet trzeszczy od tańców hulańców, a wódka, jak to wódka – leje się równo i (jak to na stereotypowym polskim weselu) nikt nie wylewa za kołnierz. To oblicze „Demona” zbliża nieco obraz Wrony do „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego. Podobny nastrój zabawy bez trzymanki, podobne zwierciadło polskiej duszy, rozprawiające się z naszymi narodowymi słabościami. Taki Wrona, to Wrona, który chce bawić, rzucić kilka grepsów wprost z polskiego biesiadnego folkloru i wygrać gromkie śmiechy na widowni. Nie trzeba jednak długo czekać, żeby „Demon” pokazał drugą twarz.

W pewnym momencie język filmu zostaje przełamany poetyką horroru. Wrona zaskakująco sprawnie (nigdy nie byliśmy specjalistami od tego gatunku) wprowadza nastrój grozy i odrealnienia. Sceny z motywem dybuka mają w sobie należyty mrok i tajemnicę, i trzymają za gardło. Kiedy jednak film zaczyna zbyt głęboko eksplorować ciemną duszę bohatera i po prostu staje się zbyt poważny, realizatorzy wracają do klimatu imprezy, i weselnego przytupu. „Demon” stoi więc w rozkroku pomiędzy kawałkiem porządnego, gatunkowego kina o duchach i opowieści o mrokach polskiej historii, a lekkością obyczajowej komedii biesiadnej. Reżyser najwyraźniej nie mógł się zdecydować, albo wręcz przeraził się powagą tematu, którego się podjął. W efekcie oglądamy dzieło nieskończone, cierpiące na stylistyczną schizofrenię. Trochę szkoda, bo kilka scen ma znamiona kina wielkiego, takiego, którego w polskim wydaniu dawno nie widzieliśmy na ekranach.

Najlepsze momenty filmu to te, w których udaje się spowolnić tempo, uciszyć zgiełk weselnej zabawy i „wyjść” ideowo poza dom weselny. Tam, gdzie przestaje się lać wóda i bohaterowie stają twarzą w twarz z opętaniem głównego bohatera, i z tajemnicą polskich dziejów – tam zaczyna się świetne kino, które aż chce się oglądać. Puenta filmu nie jest być może zbyt zaskakująca, ale robi duże wrażenie i wciska w fotel. Jest jak kac po zakrapianej nocy, po której niewiele pamiętamy i mamy wątpliwości, czy to, co się wydarzyło, wydarzyło się naprawdę. Pan młody znika, wieś spowija mgła, ci którzy nie słaniają się na nogach ruszają do poszukiwań. Czy pan młody w ogóle istniał? Czy to mógł być tylko zły sen, przywidzenie? Iluzja, której tak naprawdę nie było, nie ma i nie będzie?

Jest w końcówce filmu doskonała scena (mimowolna parafraza z „Popiołu i diamentu” Andrzeja Wajdy). O świcie, po spowitym we mgle polu szwęda się pijany doktor i bredzi z samym sobą. W okrytej mrokiem wiosce zdaje się być więcej opętanych… ****

PS. Życie dopisało smutny epilog do scenariusza „Demona”. Marcin Wrona we wrześniu tego roku popełnił samobójstwo w trakcie Festiwalu Filmowego w Gdyni. Miał 42 lata.

DEMON reż. Marcin Wrona. Polska. 2015.

Winnica_Turnau_Hibernal

Do niezłego polskiego filmu nie mogłem sobie odmówić ciekawego polskiego wina. I to wina od chyba najgłośniejszego debiutu ostatniego roku na rodzimej scenie winiarskiej. Rzecz tyczy się Winnicy Turnau sygnowanej nazwiskiem słynnego pieśniarza z Krakowa – Grzegorza. Jego kuzyn wraz z innymi członkami rodziny i z pomocą doświadczonego enologa Franka Fausta z Niemiec, stworzył – na wydawałoby się niemożliwym do uprawy terenie województwa zachodniopomorskiego – warunki do wytwarzania dobrego, głównie białego trunku.

W kieliszku Winnica Turnau Hibernal 2014 (dostępne w Centrum Wina oraz Kondrat Wina Wybrane, 75 zł). Hibernal to mieszaniec międzygatunkowy świetnie sprawdzający się w polskich, chłodnych, a i często mroźnych warunkach. Butelka sklasyfikowana jako półsłodka, dzięki bezpardonowej kwasowości smakuje jak półwytrawna (świetnie przełamany cukier). Bukiet rozpościera przed nami śródziemnomorski gaj cytrusów, zwłaszcza grejpfruta, a do tego dalekie echo białych kwiatów. Już na początku kąsa świeżością i gibkością. Po pierwszym łyku pojawia się sympatyczny, długo utrzymujący się owoc. Na plus zapisuję słabo wyczuwalny alkohol (nawet jeśli oficjalny woltaż jest poniżej 10 procent) i sensualną oraz techniczną czystość. Czuć w tym Hibernalu rękę zdolnego winiarza i rzemieślniczą sprawność. Spytacie, a gdzie dusza? O niej może innym razem. ****

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s