MAKBET. Myśli pełne skorpionów

Macbeth_1

Wzgórze. Smagane zimnym, szkockim wiatrem. To obraz, który przychodzi mi na myśl, kiedy przypominam sobie seans „Makbeta” Justina Kurzela. Makbeta wyrosłego z szekspirowskiej tradycji, lecz śmiało flirtującego z nowoczesnością. Makbeta bawiącego się wizualnie naturalistyczną przemocą, interpretującego balet śmierci w rytmie trans. Drżyjcie niewierni, którzy Williama Szekspira przedwcześnie posłaliście do lamusa.

Jeśli jakimś cudem, czytający te słowa nie zna dramatu Szekspira, czy nawet o nim nie słyszał – przytaczam historię w zarysie. XI-wieczna Szkocja. Lord Makbet (Michael Fassbender) wraca z wojennej wyprawy i spotyka czarownice, które wróżą mu przyszłość w roli władcy. Ten, biorąc to sobie do serca rozpoczyna spiralę walki o władzę, wytyczanej ciągiem okrutnych zbrodni, zazdrości, szaleństwa i obłędu. Inspirowany dodatkowo przez Lady Makbet (Marion Cotillard) wpada w otchłań przemocy z której nie widać odwrotu.

Paradoks. „Makbet” to jeden z tych filmów, który przy stosunkowo nieśpiesznej narracji i naturalnych dłużyznach, wynikających z charakteru szekspirowskiego tekstu, potrafi niespodziewanie chwycić za gardło charakternymi, naturalistycznymi zdjęciami, świadomie przesadzoną charakteryzacją, diabelnie inteligentnie wykorzystanymi kolorowymi filtrami, i mistrzowską, ścinająca z nóg muzyką. Podniosłą, uderzającą kiedy to konieczne w treble i szurającą wrażliwość widza, przenikliwym, brudnym basem. Przeszywającą rozdygotane seansem ciała, nieprzyjemnym, chłodnym jak szkocki wiatr dreszczem. To niespotykane, jak sam obraz i ścieżka dźwiękowa ciągną obraz Kurzela za mordę – na wyżyny filmowej ekspresji.

Macbeth_2

Realizm. To słowo klucz w wypadku nowej adaptacji szekspirowskiego dramatu. Reżyser taką obrał strategię i tak czyta Szekspira AD 2015. Ta ponadczasowa historia o żądzy władzy przedstawiona zostaje tu wręcz w hiperrelistycznym wydaniu. Każdy akt mordu, zdrady, nie wspominając nawet o scenach walki na miecze, pokazany zostaje z najdrobniejszym szczegółem – kroplą krwi na ubraniu, wymownym grymasem twarzy, grudami błota na brodzie, raną ciętą na czole. Jesteśmy tam razem z bohaterami i tak samo jak ich, przeszywa nas piekielnie chłodny wiatr na wzgórzu, pali otwarta rana, boli utrata żony i dzieci. Posunięty niemal do granic wytrzymałości krwawy naturalizm – uwiera, boli, pozostawia znamię na psychice. Dzięki niemu film jest gęsty i mroczny jak smoła. Reżyser, by dodatkowo podbić stawkę, przemienia się w DJ-a i miksuje klasykę – wkłada realizm szekspirowskiego dramatu w transowy muzyczny trip. W efekcie, oglądając nowego „Makbeta” – bez słowa przesady – wpada się w muzyczny trans.

Twarz. To kolejny instrument którym Kurzel, niczym wytrawny jazzowy pianista rozgrywa emocje widzów. Z jednej strony mamy dość szeroko zarysowaną panoramę XI-wiecznej elżbietańskiej tragedii (jak uniwersalnej to głowa mała), z drugiej ostentacyjne (i zapewne nieprzypadkowe) częste zbliżenia na twarze bohaterów. Automatycznie zawężające pole widzenia, skupiające się na jednym człowieku, jego dramacie, jego klątwie.

Aktor. Zawsze istotny, a zazwyczaj kluczowy element składający się na sukces i wiarygodność filmu i opowiadanej historii, tu w wypadku szekspirowskiego tekstu – paliwo napędzające maszynę. Gdyby nie przejmująco wrażliwa, czy wręcz subtelna interpretacja postaci lorda Makbeta przez Fassbendera, tego filmu mogło by właściwie nie być, bądź skończyłby na półce pod tytułem „Zapomniane, nikomu niepotrzebne adaptacje klasyki literackiej”. Tymczasem Fassbender wykrawa z tej archetypicznej postaci kawał mięsa, żywej emocji i szaleńczo naturalnego obłędu, i zatracenia. W scenach samotności, kiedy zostaje sam ze swoim szaleństwem i cedzi przez usta, że w jego myślach jest pełno skorpionów – zabiera spektakl całej reszcie. Jest intensywny, hipnotyczny i robi z widzami co chce. W szekspirowskim świecie odnalazł się doskonale i po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z największych współcześnie żyjących aktorów. W roli Makbeta jest wprost fenomenalny. Z drugiej strony, żadne to zaskoczenie. Wiemy przecież, że interpretacyjnie zdolny jest do wszystkiego. Podobała mi się też Cotillard w roli toksycznej ukochanej. Jest wystarczająco pociągająca i demoniczna, żeby uwierzyć w jej wielką siłę wpływania na mężczyzn. Na oddzielne słowa pochwały zasługuje polityka obsadowa filmu. Na dobre wyszło mu to, że w pozostałych rolach (może oprócz, świetnego skądinąd Davida Thewlisa) obsadzeni zostali mało znani aktorzy z Wysp. Ich twarze nie drażnią, nie budzą zbędnych skojarzeń, urealniają.

„Źródło”. Film Darrena Aronofsky’ego, który jak bumerang, z niewyjaśnionych powodów wracał do mnie w trakcie oglądania obrazu Kurzela. Na początku myślałem, że to ta niezwykle emocjonalna, sensualna i podniosła muzyka, mająca w swoim DNA coś z wybitnych soundtracków Kronos Quartet. I kiedy byłem już niemal pewny, że zawładnęła mną magia i siła przeszywającej ścieżki dźwiękowej Jeda Kurzela, i stąd to wrażenie, nagle jak grom z jasnego nieba uderzyła mnie zupełnie klarowna oczywistość skojarzenia. To Szekspir! To on jest winowajcą. To jego uniwersalny kod znaczeniowy, jego język, tak przeniknął do współczesnej (i nie tylko) kultury, że częstokroć nieświadomie czerpiemy z tej tradycji i narracji pełnymi rękami. I tak jak „Źródło” było apokaliptyczną wizją nieszczęśliwej, niemal szekspirowskiej miłości, tak „Makbet” to uniwersalny prototyp potwora XXI wieku. Bo na czym innym, jak nie na obłędnej żądzy władzy i uzależnieniu od sterowania ludźmi oparte były (i są) życiorysy polityków, samozwańczych władców, i dyktatorów. Makbet niejedno ma imię, nie zna granic geograficznych, różnic religijnych i kulturowych. Najbardziej nie znosi słowa sprzeciwu, a w jego myślach szeleszczą skorpiony. ****

MAKBET (Macbeth) reż. Justin Kurzel. Francja, USA, Wielka Brytania. 2015.

Vinarstvi_Krasna_Hora_Pinot_Noir

Do krwawej, szekspirowskiej tragedii wybieram sprężystą, dynamiczną niespodziankę z Czech, a dokładniej z Moraw. Vinařství Krásná Hora Pinot Noir 2014 (dostępne od 38 zł w Wino z Moraw, WIN-KO Makłowicz & Lutomski) to Pinot od coraz prężniej działającej gwiazdy czeskiego, naturalnego winiarstwa. Etykieta sugeruje, że to właściwie marnotrastwo, otwierać takie wino już teraz. Jak się jednak okazało, czasem młode roczniki mogą sprawić ogromną niespodziankę.

Już sam kolor fascynuje, niezwykle jasnoczerwony, jak sok truskawkowy rozcieńczony sporą ilością wody. Na początku wyczuwalne truskawki ze szczyptą poziomek, przywodzące na myśl, ciepły czerwcowy poranek z rosą na łące, wizytę w sadzie pełnym czerwonych owoców, czas gdy wiosna powoli przechodzi w lato. Tak, rozmarzyłem się. Bo nad tym winem można się rozmarzyć. Smak niezwykle świeży, rozpościerający feerię barw letnich owoców, rozkosznie soczysty, przypomina w poetyce nieco truskawkowy kompot gotowany przez nasze babcie. Subtelny garbnik, napięta, acz łagodna kwasowość, pięknie podkreśla dobrej jakości owoc. Eteryczna elegancja przy niezłej koncentracji i pociągającej ekspresji. Pijmy winne bio Morawy! Dlaczego? Bio są sexy. ****

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s