JOY. Życie jest telenowelą, której czasem masz dosyć

Joy_1Stało się. Po rzadko spotykanym w historii kina paśmie sukcesów, świetnych (lub znakomitych) filmów, David O. Russell się wyłożył. Jego „Joy” to próba odważnego mezaliansu telenoweli z uczciwym dramatem obyczajowym. Próba skazana na niepowodzenie. Film, budując przekonanie, że nie warto rezygnować z życiowych marzeń, tylko za wszelką cenę próbować się z nimi zmierzyć, co chwilę grzęźnie w banałach rodem z telenoweli. Tą swoistą huśtawkę nadziei i rozczarowań ratuje – bez zaskoczeń – wyborne aktorstwo.

Motywem przewodnim historii są dwie sceny z przeszłości Joy Mangano, głównej bohaterki. W pierwszej, młodej dziewczynce babcia Mimi przepowiada przyszłość. Że dorośnie, że zostanie mądrą, młodą kobietą, pójdzie na studia, znajdzie dobrego męża, urodzi piękne dzieci i będzie robiła wspaniałe rzeczy. I, że tak będzie. W drugiej scenie wybiegamy nieco w przyszłość, okres college-u. Na domówce Joy poznaje przystojnego, czarującego faceta, zaczyna między nimi iskrzyć. Po krótkiej rozmowie chłopak podsumowuje dotychczasowe życie dziewczyny, mówiąc – Odstawiłaś swoje marzenia na bocznicę. Tak też uważa Joy i nie daje jej to spokoju. Idąc tym tropem Russell pokazuje przebudzenie, stłamszonej nadmiarem obowiązków, kobiety. Przebudzenie z życiowego letargu, w który wpędziła się po trosze sama, ale za pomocników świętego Mikołaja miała: mającego trudny charakter ojca, żyjącą w świecie telenoweli, oderwaną od rzeczywistości matkę, bujającego w obłokach, niespełnionego męża – wokalistę oraz zazdrosną, zawistną, przyrodnią siostrę.

Joy_2Historię o spełnianiu marzeń, o braniu od życia tego, co nam się należy, Russell opowiada w imię biograficznej słuszności (choć luźno opartej na faktach), w imię kolejnej już historii o american dream. O marzeniu, na które chcą się załapać miliony Amerykanów, o marzeniu, spełnieniu, którego śnią ludzie, jak świat długi i szeroki. Bo każdy chce być wyjątkowy, bo każdy marzy o życiu w luksusach i splendorze. Na gwiazdozbiorze dziejowym kina takich opowieści było bez liku. Ich dramaturgia zawsze rządzi się takimi samymi prawami tak, więc i w „Joy” reżyser nie szczędzi nam typowych scenariuszowych zagrań. I tak w historii o samotnej matce (z dwójką dzieci na karku i z toksyczną rodzinką w obwodzie), mamy charakterystyczne stopniowanie drogi do sukcesu. Joy wpada na pomysł samowyżymającego się mopa – problemy z patentem. Udaje się uruchomić produkcję – nikt nie chce tego kupić itd. Russell zmierzając do tej samej mety, co reszta peletonu, próbuje historię „od pucybuta do milionera” przedstawić nieco inaczej. Próbuje.

Nietypowo dla siebie, reżyser żongluje w „Joy” planami czasowymi. Wspomnienia dzieciństwa mieszają się z okresem studiów i podejmowania najważniejszych decyzji życiowych. Wydarzenia bieżące przeskakują o kilkanaście lat w przyszłość, kiedy bohaterka stoi już na czele wielkiej firmy. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie fakt, że to nowalijka w kinie Russella. W dotychczasowych, swoich najlepszych tytułach, jak „Fighter”, „Poradnik pozytywnego myślenia” i „American Hustle”, opowieść toczyła się ciągiem. Tu bawimy się już na całego w przyczynowo skutkowość rozciągniętą na kilkadziesiąt lat. Zbyt dużo płaszczyzn? Trudniej to spiąć w błyskotliwą całość? Upatruję w tym prawdopodobny (choć nie jedyny) powód, dla którego ta historia wymknęła mu się spod kontroli. Zamysł był ambitny. Odświeżyć kanon opowiadania historii sukcesu, jakich wiele, gdzie, co rusz czyhają pułapki łzawych wątków rodem z telenoweli. Trzymam za Russella mocno kciuki, bo to wciąż jeden z niewielu amerykańskich reżyserów głównego nurtu, który sam dla siebie pisze scenariusze. Oby się do tego nie zraził.

Joy_3Światłem, pogubionego w tunelu filmu, jest brawurowa obsada. Russell nie bez przyczyny nazywany jest „reżyserem aktorów”. Przypomnijcie tylko sobie po ilu jego obrazach z ostatnich lat, odtwórcy ról byli nominowani do Oscarów. Śpieszę z odpowiedzią – po wszystkich. W tym temacie mamy status quo. Joy – Jennifer Lawrence (nad którą zachwycałem się już nie raz) ponownie powala niespotykaną charyzmą, naturalną, niczym niewymuszoną wewnętrzną energią. Jest aktorką spełnioną i nie pomylę się, jak stwierdzę, że mamy przed sobą jeszcze kilka dekad z jej wybitnymi rolami. Robert De Niro (ojciec) świetnie wpasował się w stylistykę tego kina. Nie zawodzi. Podobnie, jak i nie zawodzi (odkryty przecież przez reżysera) Bradley Cooper w roli szefa zakupowej stacji telewizyjnej, który otwiera przed Joy świat biznesowego sukcesu. Wisienką na torcie są dwa nowe nazwiska w tym zestawie. Dawno nie widziane Isabella Rossellini i Virginia Madsen. Obie w zachwycającej formie. Ale zaraz, zaraz. Czy my tych nazwisk nie znamy z poprzednich filmów Amerykanina? Ano znamy. Ale w trudny do wytłumaczenia sposób, w kinie Russella ta powtarzalność mi nie przeszkadza. Ten zgrany zespół aktorski zawsze tworzy dodatkową jakość. Szczególnie widoczne jest to w scenach zbiorowych – rodzinnych kłótni, czy spotkań, które stały się już specjalnością reżysera. Czy grupa ta w pełni odpowiada za sukcesy jego dotychczasowych filmów? To już temat na inną opowieść.

„Joy” opowiadany jest głosem babci głównej bohaterki, z off-u. Nie wiem skąd to, ale ta poetyka wzbudziła we mnie zaskakujące skojarzenie z „Opowieścią wigilijną” Charlesa Dickensa. I tam i tu, mieszają się plany czasowe. I tam, i tu mamy w gruncie rzeczy historię o pomnażaniu majątku. To, co jednak odróżnia Russella od Dickensa, to niebezpieczne związki z poetyką telenoweli (od fragmentu, której rozpoczyna się zresztą film). Amerykanin chciał zagrać na nosie widzom. Powiedzieć, że nasze życie, nawet jeśli od tego jak najdalej uciekamy, ma wiele wspólnego z telenowelą właśnie. I trudno nam uciec od banałów dnia codziennego, od głupoty, zazdrości, chciwości i innych atrybutów telewizyjnych tasiemców „z życia wziętych”. Sam Russell chciał czmychnąć od tego jak najdalej, lecz stał się mimowolnie – jakkolwiek ironicznie, by to nie zabrzmiało – twórcą i tworzywem. Takie to ambitne rozczarowanie. *** (3/6)

JOY reż. David O. Russell. USA. 2015.

Tajinaste_Tinto_TradicionalJedną z mądrości „Joy”, nie wyjętych bynajmniej z telenoweli, jest konstatacja, że trudno oczekiwać, żeby sukces sam do nas przyszedł i spłynął jak błogosławieństwo. Dużo częściej (jeśli nie zawsze) poprzedzony jest ciężką, bezkompromisową pracą. Taką pracą, jaką bez wątpienia podejmują twardzi ludzie z Wysp Kanaryjskich, żeby na nieprzyjaznej agrarnie, powulkanicznej ziemi zasadzić, a potem zebrać plon swojej ciężkiej pracy. Na ich cześć, ale i też, żeby spróbować czegoś równie soczystego, jak życie, proponuję winną ekstrawagancję – wino z Wysp Kanaryjskich (z Teneryfy), z lokalnego szczepu Listán Negro, czyli Tajinaste Tinto Tradicional 2014.

Barwa ciemnoczerwona. W zapachu czyste nuty jeżyn, ale też i nieco skrytej wiśni i czereśni. W smaku świetna, energiczna, buzująca owocowość z lekkim posmakiem pestkowym. Subtelne taniny zacnie spięte równie delikatną kwasowością. Nieskomplikowane, prostolinijne wino. Soczyste, ale nieprzesadnie sycące. Dobra, niesztampowa propozycja na co dzień. Do dostania w sklepie internetowym i sklepach stacjonarnych specjalisty od winnej Hiszpanii, El Catador (59 zł). **** (3.5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s