NIENAWISTNA ÓSEMKA. W mrugnięciu oka

The_Hateful_Eight_1Większość z nas arsenał możliwości wujka Quentina zna lepiej, niż własną kieszeń. Starannie przygotowani do jatki w wersji Tarantino, kupujemy bilet, siadamy wygodnie w kinowym fotelu, światła gasną, a z ekranu leje się wszystko to, na co tak niecierpliwie czekaliśmy. Precyzyjny, cwany scenariusz, długie, podkręcone dramaturgicznie sceny, wybijany w punkt takt muzyki, krwiste postaci i morze mniej lub bardziej zasadnej przemocy. Tak, lubimy to. Oj bardzo. Jednak oglądając „Nienawistną ósemkę” zacząłem sobie zadawać szereg niewypowiedzianych dotąd pytań i snuć wątpliwości.

Spytacie – dlaczego? Przecież koleś od lat mruga do nas okiem, a my wciąż rechoczemy i rechoczemy na jego filmach z zachwytu. I tak do… No właśnie, do kiedy? Nie rozdzielałbym włosa na czworo, gdyby nie (zaskakujące!) dłużyzny. Zaskakujące tym bardziej, że wujek Quentin pomimo swoich nieraz rekordowo długich, rozwleczonych do granic przyzwoitości sekwencji – był mistrzem ich omijania.

Wyraźniej, niż kiedykolwiek występuje w tym westernie bezpardonowa gra z widzem. Quentin wykłada kawę na ławę i grubymi nićmi szyje umowność swojego filmowego świata. Jedzie po bandzie, wychodzi z roli, ustawia się w roli kuglarza tłumaczącego zebranej widowni zasady przedstawienia. Z częstotliwością stroboskopu mruga okiem do widza. Czujemy się trochę jak w cyrku, gdzie treser lwów do ostatniej chwili powstrzymuje dzikie zwierzę, aż na umówiony wcześniej znak, pozwala przeskoczyć mu przez płonące koło. Przy czym każdy jego ruch, scenariuszowy trik, czy brutalna scena cechuje jeden i ten sam mianownik. Czysta, niczym niezmącona dziecięca radość chłopca, który wyśmienicie się bawi układając scenariuszowe klocki na własne widzimisię.

The_Hateful_Eight_2Przy wszystkich mankamentach filmu, ta bijąca z niemal każdej sceny radość dzieciaka, który zaczynał swoją przygodę filmową, pracując w wypożyczalni kaset wideo – poraża szczerością. Tarantino nie raz przekraczał już granice dobrego smaku, humanizmu, czy poprawności politycznej. Nie raz scenami przemocy wywoływał mdłości. To niesamowite, ale ta szczera, szczeniacka poetyka zgrywy została mu do dziś. Więc, kiedy w jego nowym filmie oglądam kolejne sceny, w których eksploatuje do granic wytrzymałości żart z nazywania czarnego łowcy głów czarnuchem, to przed oczami widzę zasmarkanego, krztuszącego się od katartycznego śmiechu… Quentina. To dowcip, z którego ma sam rechotać. Potem są widzowie, którzy dostają (a jakże) to, czego oczekiwali. Nie mniej jednak ten (nomen omen) czarny, wisielczy humor stanowi wciąż o sile kina Amerykanina.

O przemocy u Tarantino napisano już tomy. Zaznaczę, że bez zmian – znowu jej tu sporo. Czy Quentin przesuwa kolejne granice tolerancji i wrażliwości emocjonalnej widza? Nie wydaje mi się. Zbyt dużo tu umowności, w zbyt duży nawias wpisuje reżyser przedstawianą historię. Wzorem „Wściekłych psów” Quentin intensyfikuje odbiór scen mordobicia poprzez zamknięcie bohaterów na małej przestrzeni. Tu za scenerię robią duszne wnętrza zajazdu u Minnie, w którym przed potworną śnieżycą skrywają się bohaterowie. Dla kontrastu – wstęp filmu, jak i nieliczne interludia nakręcone są w scenerii rozległych, górskich krajobrazów, zaśnieżonego Wyoming. Sekwencje te są realizacyjnym (operatorsko i muzycznie) majstersztykiem. To taka smakowita śmietanka spijana po dość przeciętnej filiżance kawy.

The_Hateful_Eight_3Strona techniczna to niewątpliwie najjaśniejszy punkt „Nienawistnej ósemki”. Majestatyczne, plenerowe zdjęcia wietrznych, zaśnieżonych pustkowi w doskonałym ujęciu Roberta Richardsona każą zbierać szczękę z podłogi. Widać rękę mistrza, co marka to marka. Zdjęcia to zresztą nieprzypadkowe. Quentin odkurzył i odrestaurował stare egzemplarze kamer Ultra Panavision 70, dających obraz o proporcjach 2,76:1. By uzmysłowić sobie, jak szeroki kadr daje taka kamera trzeba to po prostu zobaczyć. Kolejny dowód na to, jakim dzieckiem zakochanym w starym kinie jest Tarantino. Jednak nawet tak bezbłędne zdjęcia uginają się pod naporem fenomenalnej ścieżki dźwiękowej autorstwa samego mistrza Ennio Morricone. Sączące się z ekranu dźwięki, to czysta wirtuozeria. Muzyka najpierw się skrada, niepokoi marszowym rytmem, by za chwilę przemienić się w pełną rozmachu dźwiękową orgię rozpisaną na ogromną orkiestrę. Bez przesadnej ekscytacji, to soundtrack na miarę najlepszych filmów Hitchcocka, czy spaghetti westernów Sergio Leone. Klasa!

Jak nadmieniłem, nowy Tarantino zaskakuje in minus tym, że nietypowo jak na niego zaczynamy się wiercić zniecierpliwieni w fotelu. Może to przerost (sprawnej, bo sprawnej), ale jednak zabawy scenariuszowej nad treścią? Może zbyt wielka wiara w swoją nieomylność, prowadząca do pustej radochy kosztem atrakcyjności dla widza? A może po prostu nadszedł ten moment, kiedy mój ulubieniec wyeksploatował arsenał swoich możliwości? Chwyty, które stosuje (podział na rozdziały, przewijanie akcji do tyłu, odtwarzanie tej samej sceny z różnych perspektyw, dwuznaczny żart w finale) nie raz już u niego widzieliśmy. Wcześniej nie przeszkadzały. Tu zaczynają nieco uwierać. Wciąż jednak liczę na to, że Quentin nie zrobił tego filmu tylko dla siebie. Gdyby było inaczej, byłby to pierwszy krok w przepaść.

Film trzymają w ryzach fundamenty, które mimo słabszego scenariusza, Tarantino wciąż ma stabilne. Wśród nich czarny humor, o którym już było. Galeria charakterystycznych postaci, napisanych grubą kreską przez Quentina. And last but not least – charyzmatyczni odtwórcy głównych ról, świetnie odnajdujący się w konwencji, ze szczególnym wskazaniem na: bezbłędnego w roli szelmy Samuela L. Jacksona, świetnego wąsatego Kurta Russella, nową w tym zestawie Jennifer Jason Leigh (rewelacja) i powracającego po latach do tarantinowskiej drużyny Tima Rotha (rola, że cacko). Te elementy sprawiają, że opowieść o dwóch łowcach głów, szukających schronienia przed śnieżycą w domku na zaśnieżonym pustkowiu (z premedytacją pominąłem streszczenie, bo łatwo w tym wypadku o spoiler), mimo wszystko wciąż dobrze się ogląda.

Na koniec refleksja. Z zasady staram się nie plotkować, lecz tu i ówdzie pojawia się stwierdzenie, że mój ulubieniec zaczął „zjadać własny ogon”. Normalnie, jeszcze kilka lat termu pewnie bym zaprotestował, wyszedł na ulice z hasłami sprzeciwu na ustach. Tymczasem, co znamienne – nie spotkało się to z moim spontanicznym oburzeniem. Pozostając w tym nastroju, myślę sobie, że tylko jedno pozostaje u Quentina bez zmian. Jego filmy wciąż są jak steki. Przyrządza zawsze krwiste. Pół gwiazdki ekstra za muzykę, zdjęcia i grę aktorską. **** (3.5/6)

NIENAWISTNA ÓSEMKA (The Hateful Eight) reż. Quentin Tarantino. USA. 2015.

Simon_Egri_BikaverCóż mógłbym Wam, więc polecić do tak krwistego, czy krwawego filmu, jak nie byczą krew z Egeru od mistrza gatunku Jozsefa Simona – Simon Egri Bikaver 2012.

Ten klasyczny węgrzyn, młody świeżością (bo nie rocznikiem), to jak sądzę świetna propozycja dla nieobeznanych ze smakami byczej krwi – pijących od święta, jak i winnych freaków. Dojrzewał 12 miesięcy w beczce, za którą Jozsef Simon przepada. W butelce lista węgierskich, winnych Apostołów, czyli Kékfrankos, Merlot, Syrah, Cabernet Sauvignon, Cabernet Franc i Pinot Noir. W zapachu sporo jeżyn z lekkim paprykowym tłem. Miękki, o wysokim indeksie pijalności egri bikaver, zalecający się owocową, soczystą ekspresją z nieśmiałą dymną poświatą i ziemistym, charakterystycznym dla siedliska charakterem. Do dostania u lubelskiego importera Monte di Vino (cena 42 zł). **** (4/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Reklamy

2 comments

    • Jak zawsze, polecam zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie 🙂 Choć jak napisałem – to jeden z jego słabszych filmów. Pół gwiazdki ekstra ode mnie za fenomenalną ścieżkę dźwiękową, świetne zdjęcia i brawurową obsadę. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s