MOJE CÓRKI KROWY. Rodzicom

Moje_corki_krowy_1Zgaduję, że to ta zapowiadana „dobra zmiana”. Dobra zmiana w polskim filmie. Jak widać, o ciężkim temacie odchodzenia rodziców, można mówić językiem ironii, skąpanym w słusznej dawce czarnego humoru. Doktorat z martyrologii kino znad Wisły już ma. Czas na nowy kierunek.

– Panie, samo życie! – można by skitować półtoragodzinny seans „Moich córek krów” Kingi Dębskiej. Bo czegóż tu nie ma, czego nie doświadczylibyśmy na własnej skórze, bądź nie znalibyśmy kogoś, kto to przeżył. Dwie siostry zostają postawione w obliczu poważnej choroby matki. Wkrótce okazuje się, że przed ich ojcem też już ostatnia prosta. Skondensowany w krótkim odstępie czasu, psychiczny rollercoaster, sprawi, że relacje dwóch, skłóconych ze sobą kobiet, będą musiały choć trochę się poprawić. Jakie to cholernie prawdziwe? Prawdziwe. Jakie przykre i bolesne? Ano właśnie. Czy na pewno przykre i bolesne? Nie szukając daleko, już Małgorzata Szumowska w „33 scenach z życia” opowiadała w zasadzie tę samą historię. U niej jednak akcenty były położone na obrazy traumy po stracie i prezentację niekonwencjonalnych metod radzenia sobie z ciążącą, jak kula u nogi, żałobą. Równie interesująco (i na chłodno poważnie) ten temat interpretowała Tamara Jenkins w świetnej „Rodzinie Savage”. Dębska decyduje się na inną konwencję. Wybiera humor, stając na stanowisku, że w nim możemy odnaleźć uśmierzenie bólu.

Moje_corki_krowy_2Przyznaję, podchodziłem do tego filmu z lekką rezerwą. Jak wiemy, jesteśmy w rodzimej kinematografii specjalistami od dramatów obyczajowych i nic, co smutne – nie jest nam obce. Co więcej, pływamy w tych niewesołych wodach z wprawą godną Michaela Phelpsa. Czemu, by więc zmieniać przyjętą dawno taktykę, która się sprawdza? Czy da się zrobić kino bolesne jak życie, które koi i wykrzywia usta w kształt melancholijnego uśmiechu? Komediowo-jajcarski zwiastun filmu budził moje wątpliwości. Czy przypadkiem nie pójdzie to w kierunku pustego wygłupu i kolejnej zmarnowanej szansy. A tymczasem niespodzianka!

Totalnym zaskoczeniem, pomimo delikatnych inklinacji komediowych, jest niemal dokumentalna prawda przebijająca przez niektóre kadry. Kilka scen – w tym ta doskonała, kiedy ojciec (Marian Dziędziel) rozmawia z jedną z córek Martą (Agata Kulesza) o tym, jak to nie akceptował jej absztyfikantów, gdy była nastolatką – jest tak cudownie nie-zagrana, a po prostu przeżyta, że zapominamy na moment o sali kinowej. Bez formalnych zaproszeń przedostajemy się do środka rodzinnego dramatu. I nagle nie sposób nam nie zrozumieć dziwactw ojca i jego hulaszczych odjazdów (pod wpływem utraty najbliższej osoby). Dużo łatwiej tolerujemy trudny, będący pomieszaniem infantylności z lekkoduchowstwem, charakter Kasi (Gabriela Muskała). Potrafimy odnaleźć prawdę (który to już raz wymieniam?!) w śmieszno-żałosnej postaci życiowego nieudacznika (Marcin Dorociński). Jak to się stało, że zapomnieliśmy, iż nasze kino w dużym stopniu definiowała siła humoru, z którego jak chochlą czerpaliśmy przez lata PRL-u? Wracamy na słuszne tory, to cieszy.

Moje_corki_krowy_3Spory potencjał filmu zdeterminowany jest dobrym, nieprzekłamanym i mądrze poprowadzonym scenariuszem. Nie byłoby jednak dreszczy oraz przychodzących w nieoczekiwanych momentach, wybuchów śmiechu, gdyby nie wspaniały zespół aktorski, jaki udało się Dębskiej zebrać (brawo!). Dziędziel, w wysokiej formie, w swoim stylu, jest odpowiednio krotochwilny, zadziorny, w jego roli kryje się ukryta iskra, która tylko czeka na odpalenie. Kulesza powala autentycznością i godnym podziwu brakiem mizdrzenia się do widza. Aktorka wyraźnie odstaje poziomem od sporej części rodzimej sceny aktorskiej. Tej dwójce wtóruje para małżeńska Muskała – Dorociński. Ona, stylizowana nieco na przeszarżowane, melodramatyczne postaci z telenowel. On, intrygująco powściągliwy, oszczędny. Trzeba było sporych jaj, żeby Dorocińskiego obsadzić w roli fajtłapy. Liczy się jednak efekt. Jest świetny.

„Moje córki krowy” kończą się dedykacją dla rodziców reżyserki. Trudno wyobrazić sobie bardziej sympatyczny hołd złożony kochanym rodzicielom, którzy swoje życie, zdrowie, energię i pieniądze, przekazują nam na wieczne nieoddanie. To czysty cud miłości i poświęcenia. Film Dębskiej cudem może nie jest, lecz to na pewno powiew odświeżenia w polskim kinie cierpiętniczym. Świetny, mądry i potrzebny obraz. Oby takich więcej. **** (4/6)

MOJE CÓRKI KROWY reż. Kinga Dębska. Polska. 2015.

Przednie kino obyczajowe i podmuch orzeźwienia w twarz niepoprawnego miłośnika polskiego kina… Jakie wino do tego? Ano równie ożywcze i zaskakujące. Udajemy się na południe włoskiego buta (czy, jak niektórzy wolą – kozaka), do Apulii. Ale spokojnie, nie dajcie się zwieść. Nie będzie tu o Primitivo, Negramaro, czy Nero di Troia. Tym razem odkrywamy autochtoniczny biały szczep Minutolo, odzyskany dla wielbicieli wina, z wieloletniego niebytu. A to za sprawą niestrudzonych producentów win naturalnych z tamtego zakątka Italii. W winiarni I Pàstini uprawia się stare krzewy prowadzone w systemie albarello. Z nich powstają wysokojakościowe wina z samych lokalnych szczepów.

I_Pastini_RamponeW kieliszku I Pàstini Rampone Valle d’Itria Minutolo 2013. Barwa słomkowo-żółta. Nos intensywny, skoncentrowany, o szerokim wachlarzu nut kwiatowych, ze świeżo zakwitłej łąki. Aromatom florystycznym wtórują dojrzewające w pełnym słońcu cytrusy. Trochę grejpfruta, mandarynki. Usta wyraźnie bogate, o charakterystycznym posmaku dojrzałego cytrusa, z intensywnym, pełnym soczystego miąższu wnętrzem. Słuszna, cielista budowa. Długi, mineralny finisz, złapany uściskiem witalnej i niezłomnej kwasowości. Dobrze zrobione wino. Lubię to! Ta sympatyczna etykieta, jak i wiele innych włoskich, winnych skarbów do dostania u łódzkiego importera Moja Italia (cena 69 zł). **** (4/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino degustowałem na koszt własny.

Reklamy

3 comments

  1. Bogusław Linda, któremu Pasikowski proponował rolę w „Pokłosiu” (potem dostał ją młody Sthur -ten od „dzieci przybijanych do tarcz pod Cedynią”) odmawiając powiedział: „Amerykanie zanim nakręcili „Plutona” zrobili 500filmów o tym jacy to są wspaniali”….więc jeśli już coś o doktoratach to raczej w oczernianiu Polski, ale widać taki „trynd panie”

    • „Moje córki krowy”, to film, który ze względu na temat, nie wpisuje się w żadne rozgrywki historyczno-polityczne. To porządne kino obyczajowe, mówiące o tym, co czeka (odchodzenie rodziców) każdego z nas. Sformułowanie „martyrologia” zostało, więc przytoczone, w stosownym dla gatunku dramatu obyczajowego – kontekście. Za sjp.pwn.pl: martyrologia «cierpienie i męczeństwo narodu. Reasumując – autor miał na myśli cierpienie jednostki – w skali mikro 😉

      • Ależ ja wcale z tym nie polemizuję. Polemizuję tylko z tezą: „…Doktorat z martyrologii kino znad Wisły już ma. Czas na nowy kierunek…”. Ta „martylorogiia” w dużej mierze została zwajdalizowana. Czas na nowy kierunek w jej przedstawieniu tak jak robią to inni: ci krórzy mieli podobnie trudna historie jak Polska albo ci którzy na siłę muszą coś, gdzieś „odkryć” w swojej historii i jakiś drobny epizod rozdąć do rozmiarów globalnych

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s