SPOTLIGHT. Wyznanie dziennikarskiej wiary

Spotlight_1W dobie wieszczonego kryzysu mediów, tabloidyzacji prasy oraz cięć w redakcjach, „Spotlight” jest jak zastrzyk adrenaliny dla środowiska dziennikarskiego. Pomaga na nowo uwierzyć w sens zawodu dziennikarza, jego prospołeczny wymiar i – pardon – misję.

Po pierwsze – trzeba przyznać, że to ogromne zaskoczenie. Bo, po kim, jak po kim, ale po Amerykanach, znanych ze swojej pruderyjności i wykręconej jak piłeczka w ruletce, poprawności politycznej, trudno było się spodziewać uczciwego kina o pedofilskim skandalu w Kościele. A tu proszę… No, no – punkt na start.

Po drugie – historia. Skala zjawiska, o którym opowiada film Toma McCarthy’ego jest porażająca. „Spotlight” jest zapisem wydarzeń, które rozegrały się naprawdę. Nagrodzeni Pulitzerem, dziennikarze śledczy gazety „The Boston Globe”, a konkretniej jej śledczej odnogi o nazwie „Spotlight”, dotarli do skrzętnie przez lata ukrywanej siatki pedofilskiej w Kościele katolickim, która w samym Bostonie liczyła sobie ponad 70 księży. Historia wyszła na jaw w 2002 roku, po opublikowaniu głośnego artykułu, poprzedzonego wielomiesięcznym, żmudnym śledztwem. Wyszła na jaw i wzbudziła ogromne poruszenie w opinii publicznej. Tym bardziej, że okazało się, że był to dopiero wierzchołek góry lodowej, mający swoje pomniejsze szczyty w innych częściach USA, ale – o czym nie można zapominać – także w innych rejonach świata, co w kronikarskiej formie, przypomniane zostaje w napisach końcowych.

Spotlight_2Po trzecie – problem. Pedofilia sama w sobie, a już tym bardziej w takim środowisku, jak Kościół, to temat specjalnej troski. Niezwykle wrażliwy, drażliwy i delikatny, jeśli chodzi o wydźwięk w społeczeństwie. Kościół staje na stanowisku, że ten kłopot to zaledwie „kilka zgniłych jabłek” w sadzie. Jego działania, mające na celu zatuszować procedery, gdzie księża nieraz na przestrzeni 30 lat molestowali dzieci, mają to tylko potwierdzać. Szkopuł w tym – co „Spotlight” na zimno pokazuje – że tych jabłek jest dużo, dużo więcej. A pokrzywdzeni muszą sobie radzić z tą traumą w życiu dorosłym, a i też nie każdy ma szczęście mieć tak silną psychikę. Co jednak równie groźne i, co wpływa na usztywnienie, i marazm społeczny, to fakt, że społeczeństwo, ze specjalnym wskazaniem na wiernych – chce w tą teorię kilku czarnych owiec wierzyć. Bo zwyczajnie w świecie, tak jest wygodniej, bezpieczniej i nie narusza to naszego dziecięco nieskalanego wyznania wiary.

Po czwarte – wyznanie dziennikarskiej wiary. A konkretniej – powrót na ścieżkę, z której się zboczyło. W czasach pogoni za zyskiem i skrótem myślowym, w czasach płodzenia nieistotnych, i słabo sprawdzonych newsów, w czasach nastawienia się na ilość, a nie jakość, i wreszcie, w czasach konformizmu myślowego, i braku odwagi w podejmowaniu ważnych problemów – „Spotlight” jest małym świadectwem zmartwychwstania. Zmartwychwstania mitu dziennikarza z krwi i kości. Kogoś, kto za swój cel obiera służenie społeczeństwu, nawiązanie z nim dialogu i zmianę rzeczywistości. Z których to punkt ostatni jest najtrudniejszy w egzekutywie, ale daje największą satysfakcję – ludzką, jak i zawodową. A i świadomość, że to, co robimy ma sens. „Spotlight” jest, bowiem przykładem „Wszystkich ludzi prezydenta” XXI wieku – obrazem społeczników, którym wciąż, mimo rozmaitych kryzysów naokoło, jeszcze o coś chodzi i nie jest im wszystko jedno. Tak, widzę, że brzmi to jak jedynie słuszna społecznie bajka, czy wręcz utopia. Nic jednak nie poradzę, że film McCarthy’ego w przekonujący sposób pokazuje, że są jeszcze tacy wśród nas.

Spotlight_3Po piąte – obiektywizm. Jasne, można czytać „Spotlight” tak, jakby problem pedofilii został tu potraktowany mocno tendencyjnie. Krytycy zapewne zarzucą filmowi, że zbyt kategorycznie rzuca oskarżenia, a tego typu wynaturzenia, czy (nie bójmy się tego słowa) przestępstwa, są spotykane we wszystkich grupach społecznych i zawodowych. Zgoda. Podtrzymuję jednak, że clue problemu gnieździ się w zbyt dużej skali, jeśli chodzi o jedną profesję i (nie oszukujmy się) w specyfice środowiska klerykalnego. To banał, ale kto, jak nie pośrednik między Bogiem, a grzesznym i zagubionym wiernym, ma świecić przykładem? Grzeszymy wszyscy, to truizm, ale ci, którzy ofiarowali swoje życie Bogu, muszą być traktowani inaczej. Wymagania wobec nich są wyższe. Kropka.

Po szóste – nie Michael Keaton, a Mark Ruffalo. Tak się składa, że drugi rok z rzędu do Oscara w najważniejszej kategorii nominowany jest obraz z Keatonem w obsadzie. I tak, jak dokładnie rok temu emocjonowałem się „Birdmanem” (który, przypomnę, został triumfatorem), a kreacja wracającego z niebytu aktora, budziła mój zachwyt, tak tym razem uważam, że młodszy, z grającej główne role dwójki – zagrał pełniej, wyraziściej i ciekawiej. Ruffalo, który wiele razy udowodnił, że znakomitym artystą jest, gra tu zaskakująco, jak na niego, ekspresyjnie. Nieraz irytująco. Lecz za tą irytującą ekspresją kryje się głębia. Jego Mike Rezendes, stosunkowo młody, pełen ideałów dziennikarz portugalskiego pochodzenia, to kreacja, będąca uosobieniem wszystkich nadziei pokładanych w dziennikarzu idealnym (o ile taki istnieje). Wystarczająco ambitnym, wytrwałym, zajadliwym i upartym, kiedy trzeba. Nadziei pokładanych w kimś, komu chcemy wierzyć i… wierzymy.

Wychodzi, więc na to, że „Spotlight”, to kino wrażliwe społecznie i słuszne obywatelsko, takie, którego przez powagę tematu nie należałoby właściwie krytykować. I trochę tak jest. Bo obraz McCarthy’ego, to gatunkowo zwarty i zdyscyplinowany, wręcz książkowy przykład filmu śledczego. Ci, którzy spodziewają się pościgów i dreszczy rodem z thrillera – będą zawiedzeni. Ci, którzy szukają kina mówiącego o rzeczach ważnych, a na dodatek mówiących o tym niegłupio – wyjdą z seansu usatysfakcjonowani. Ja stoję gdzieś pośrodku. W sensie gatunkowym – dostałem to, czego oczekiwałem. Choć przyznam też, że jest tu sporo z chwytów kina zaangażowanego społecznie, które mogą nieco razić przesadnym dydaktyzmem. Jednak tego, czego mi najbardziej zabrakło, to magicznego dotknięcia, które sprawia, że świetnie opowiedziana historia wychodzi nagle z roli i staje się kawałkiem życia, na progu zostawiając cały sztafaż filmowego kostiumu. Tak, więc – po siódme. Siódmego dnia Bóg zobaczył, że to, co zrobił jest dobre. Ale nie tak znowu dobre, żeby mógł beztrosko odpocząć. ***** (4.5/6)

SPOTLIGHT reż. Tom McCarthy. USA. 2015.

Gdybym był dziennikarzem śledczym, to w pracy wspomagałbym się mniej więcej takim winem, które zaraz zaproponuję. Czerwień ta pochodzi z włoskiej Umbrii, czyli jednego z najbardziej niedocenionych regionów winiarskich w środkowych Włoszech. Cantina Napolini jest rodzinną winnicą, słynącą ze słodkiego, rzadko spotykanego Sagrantino passito. Dziś jednak stawiam na wytrawną twórczość producenta, stąd Napolini Montefalco Rosso 2012.

Napolini_Montefalco_RossoWinogrona dojrzewały na glebie wapiennej. W butelce mieszanka trzech szczepów: Sangiovese (najwięcej), Sagrantino i Montepulciano. Dojrzewanie 5 miesięcy w małych beczkach, a potem jeszcze 12 miesięcy w dużych, z dębu slawońskiego. W nosie dojrzałe czereśnie, konfitura z czerwonych owoców leśnych, zioła. W smaku tryskająca owocowość o pieszczotliwie ściągających, miękkich taninach. Poważna struktura, dobrze zbalansowana kwasowość. Ten Umbryjczyk jest długi, smukły i kulturalny – nie potrafi ukryć elegancji. Wino uroczo rozgrzewające, łaszące się pluszową ekspresją. W końcówce robi się lekko pikantne i gorzkawe. Chce się do niego wracać, a to już wiele. Wino do kupienia w sklepie stacjonarnym i na stronie internetowej Moja Italia. Cena – bardzo uczciwe, jak za tę jakość, 49 zł. **** (4/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino degustowałem na koszt własny.

Reklamy

3 comments

  1. Jeden lepszych filmów jakie ostatnio widziałem. Wszystko w punkt. Nazwiska znane ale nie przykrywajace soba filmu i historia, niby napisana przez zycie ale trudna. Bardzo latwo o przerysowanie a moim zdaniem praktycznie wszystko w punkt.

    • Zgoda, co do tego, że film jest wyważony i, że to jeden z lepszych tytułów, jaki gościł ostatnio na ekranach. Brakuje mu jednak tego „magicznego dotknięcia”, które sprawia, że filmy takie jak „Wszyscy ludzie prezydenta” stają się wielkim kinem.

      • Zgodzę się, ale i tak jak na to co nas zalewa, to miły powiew i chcę oglądać więcej takiego kina, wychodzi na to, że troszkę mniej wymagam niż Ty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s