AVE, CEZAR! Pocztówka z przeszłości

Hail_Caesar_1

Dawno nie oglądałem śmiesznej i inteligentnej komedii. Byłbym skłamał, gdybym napisał, że „Ave, Cezar!” nie przedłuża tej markotnej passy. Co przyznaję z tym większym rozczarowaniem, gdyż wielkim fanem kina braci Coen jestem.

Droga filmowa Coenów prawie od początku prowadzi meandrami usypanymi tytułami „poważnymi” (i niekiedy mocno brutalnymi) oraz bardziej lekkimi, komediowymi. Od początku kariery, liczącej już ponad 30 lat, braciszkowie umiejętnie przeskakują między filmowymi gatunkami i z gracją cyrkowca żonglują przemocą, naturalizmem z filozoficznym zacięciem, moralitetem, farsą, absurdem, satyrą, czarnym humorem, ironią, i czym tam sobie jeszcze chcecie. W ich kinie jest wszystko – nie przesadzam. W nurcie poważnym mają na koncie kilka perełek, obrazów wybitnych, że wspomnę tylko „Bartona Finka”, „Fargo”, „To nie jest kraj dla starych ludzi” i „Prawdziwe męstwo”. Wśród tytułów lajtowych prym wiodą takie filmy jak „Arizona Junior”, „Big Lebowski” czy „Tajne przez poufne”. Co jednak spaja ten ogrom obrazów, to poziom, poniżej, którego zazwyczaj nie schodzą. I tak, jarając się ich kinem, muszę oznajmić, że zawiedli mnie najmocniej od lat. Oto dlaczego.

Hail_Caesar_2

Coenowie nigdy nie byli mistrzami dowcipu podawanego z szybkością karabinu. Humor w ich filmach rozpostarty był raczej jak długie maźnięcie malarskim pędzlem na panoramicznego rozmiaru krajobrazie. Sączył się niepozornie, powoli i kiedy już byliśmy przekonani, że nic się nie wydarzy – wybuchał pojedynczymi erupcjami. Ale zawsze był. Błyskotliwy, inteligentny, podawany z niezwykłym wyczuciem gatunku i czymś, co zawsze w ich kinie ceniłem – niezwykłą czułością, czy czasem pobłażliwością dla bohatera. Tymczasem w „Ave, Cezar!” ten słynny coenowski flow komediowy uległ niewytłumaczalnemu stępieniu. Żarty bawią w stopniu minimalnym. Zabawy gatunkowymi konwencjami (kino historyczne, western, musical) sprawiają wrażenie lekko odgrzewanych kotletów. I nawet ta, mocno tu sprzedawana, poetyka satyry na środowisko filmowe i złote lata Hollywoodu – pachnie trochę nieświeżo.

Film przypomina satyryczną pocztówkę z przeszłości. Opowiada historię rozgrywającą się w Fabryce Snów lat pięćdziesiątych XX wieku. Przebiegły producent filmowy jednej z największych hollywoodzkich wytwórni, rutyniarz Eddie Mannix, próbuje rozwikłać zagadkę zaginięcia gwiazdy wielkiego filmowego widowiska „Ave Cezar!” – Bairda Whitlocka. To małe wewnętrzne śledztwo staje się przyczynkiem do ukazania śmiesznostek branży filmowej tamtych czasów, a także śmiesznostek gwiazd i gwiazdeczek ze srebrnego ekranu. Momenty, w których poszczególni aktorzy (obsadzeni jak zawsze u Coenów bezbłędnie) bawią się własnymi postaciami, eksplorując pokłady ich komizmu – świecą w filmie najmocniej.

Hail_Caesar_3

Dzisiejsze duże nazwiska grają wyimaginowane gwiazdy ze złotej ery Hollywood. Każda z nich ma tu swoje pięć minut. George Clooney, jako zaginiony gwiazdor wielkiej historycznej produkcji – ma wielką przemowę o objawieniu. Scarlett Johansson, grająca gwiazdę wodnych widowisk, urzeka, wygłaszanym niskim głosem, monologiem o niewygodach pracy w dziwacznych kostiumach. Ralph Fiennes (uwielbiam jego komediową ekspresję!) daje czadu jako narwany reżyser artystycznego kina, który musi się zmierzyć z podesłaną mu na plan gwiazdą westernów (o dyskusyjnych talentach aktorskich). Tilda Swinton piorunuje podwójną rolą nieznoszących się sióstr bliźniaczek – dziennikarek plotkarskich. Channing Tatuum czaruje urokiem złotego chłopca, w brawurowo nakręconej scenie musicalowej. Ciekawym przypadkiem jest Mannix, z wyczuciem zinterpretowany przez Josha Brolina. To z jednej strony pragmatyczny cynik, a z drugiej pełen wątpliwości wrażliwiec. Fajna, niejednoznaczna postać. A to jeszcze nie wszyscy. Tyle, że na tym moim zdaniem kończą się plusy filmu.

To, co stoi za słabością „Ave, Cezar!”, to niepotrzebnie przeciągnięta narracja, sprawiająca, że do filmu wkrada się nuda. Kolejnym grzechem nowych Coenów jest, długimi partiami, mocno przewidywalna intryga. Sama opowieść jest (założę się, że braciszkowie odpowiedzieliby, że specjalnie) rwana, co chwilę wytracająca rytm. Brak temu zwiewności i przeszkadza to w oglądaniu. Finalnie zarzucam filmowi jeszcze jedno. Poczucie błahości scenariusza, które – zgoda – można by wytłumaczyć tym, że zdarzało się to im już w przeszłości, szczególnie w tytułach komediowych. Tu to uczucie występuje jednak najsilniej od lat. I trudno się go wyzbyć.

Mam więc pewien poznawczo-recenzencki problem z tym filmem. Serce zakochane w Coenach – chciałoby do raju. Racjonalny rozum nakazuje jednak trzeźwe spojrzenie. Rachunek zysków i strat brzmi: to najsłabszy obraz braci z ostatnich lat. Bywało gorzej, ale bywało i o wiele, wiele lepiej. I choć wiem, że wielu uzna tę satyrę na Hollywood za zakamuflowany autobiograficzny komentarz do ich samych, to ja bardziej preferuję mrugnięcie okiem z filmu poprzedniego „Co jest grane, Davis?”. Wolę mieć w głowie ich obraz jako artystów uzdolnionych, czasem zdeterminowanych, lecz bez niepotrzebnej woli dostosowania się do gustów szerokiej publiczności. Taki kaprys. **** (3.5/6)

AVE, CEZAR! (Hail, Caesar!) reż. Joel Coen, Ethan Coen. USA, Wielka Brytania. 2016.

Chateau_La_Calisse_Patricia_OrtelliNowym Coenom brakuje zwiewności. Aż w naddatku jest jej za to w tym różowym winie z Prowansji, które polecam do filmu i zarazem chcę nim przełamać tą nieznośnie długą zimę – nie zimę, jaką mamy w tym roku.

Château La Calisse Coteaux Varois en Provence Rosé Patricia Ortelli 2014, to połączenie Syrah i Grenache w arcyprecyzyjnym wydaniu. W kolorze blady łosoś o sporej przejrzystości. W nosie na początku bardzo delikatne, wręcz nieśmiałe, by po chwili zrekompensować się i otworzyć bogatą paletą aromatów kwiatowych, nutą truskawki. W ustach genialnie precyzyjna równowaga między leciutką kwasowością, a wprost fantastycznym, rześkim owocem, poziomkową muśliną, której jakość powala. Wino zaskakująco złożone, niewymuszenie seksowne, zwiewne niczym dziewczyna w wiosennej sukience, pląsająca po zroszonej porankiem łące. Piękne wino, najlepsze rosé, jakie piłem w życiu, a przynajmniej jakie pamiętam. Do dostania w sklepie Winnice Europy, w bardzo zadowalającej, jak na tę jakość cenie 62 zł. ***** (5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino degustowałem na koszt własny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s