STEVE JOBS. Był sobie geniusz, przeklęty geniusz

Steve_Jobs_1

Był sobie geniusz, przeklęty geniusz – pomyślałem w trakcie oglądania biografii jednego z najwybitniejszych wizjonerów współczesnego świata. I choć „Steve Jobs” Danny’ego Boyle’a ma w sobie coś z „teatralności”, i jest mocno przegadany, to jego koncept jest jak misternie utkane kukułcze gniazdo. Co chwilę ktoś podrzuca nowy wątek, ale bez uszczerbku na precyzyjnej wiwisekcji Jobsa.

Choć czy to na pewno pełnoprawna biografia? No właśnie. W filmie Boyle’a historia Jobsa, znanego na całym świecie założyciela firm komputerowych Apple i NeXT, nie zostaje przedstawiona w akademicki, chronologiczny sposób. Guru świata nowych technologii poznajemy na wyrywki. Dzięki zabiegowi scenariuszowemu bohater ukazany zostaje w trzech pamiętnych (dla niego samego i jego firm) chwilach. W przed- godzinach premier trzech kluczowych produktów, których był twarzą i pomysłodawcą. Dwukrotnie przeskakujemy w czasie, nieraz o kilkanaście lat, lecz dzięki temu mamy niepowtarzalną okazję poznania osobowości Jobsa niemal od podszewki. Przyjrzenia się jej jak pod mikroskopem dzięki przedstawionej relacji ze współpracownikami (w tym ze Stevem Wozniakiem, z którym zakładał Apple), z córką, matką dziecka, przyjaciółmi (choć przez cały seans zadawałem sobie pytanie – czy ich w ogóle miał?), najbliższą asystentką, czy w końcu mentorami. Ale zaraz, zaraz. Jakimi mentorami? Jobs nie sprawia (w filmie) wrażenia jakoby potrzebował (miał) takowych.

Steve Jobs

Spotkałem się z zarzutami, że obraz Boyle’a jest zbyt statyczny, wypełniony niemiłosiernie dialogami i momentami nudny. Pozostaje mi, drodzy malkontenci, tylko się z wami nie zgodzić. Błyskotliwy manewr, który zastosował scenarzysta sprawia, że teoretycznie nużące kulisy uroczystych premier technologicznych cacek, ogląda się jak psychologiczny dreszczowiec. Godziny przed launchem ze swej natury zdeterminowane są czasowo, a zegar wciąż tyka. Tymczasem dokładnie przed każdą premierą (nie każcie mi tłumaczyć dlaczego) Jobs spotyka się z tymi samymi osobami. Są nimi: kumpel-współzałożyciel Apple – Wozniak; Andy Herzfeld – główny programista pracujący przy jego projektach; Jack Sculley – prezes Apple, którego Jobs zatrudnił, podkradając z prezesury Pepsi. Ich spotkania, to za każdym razem wybuchy złości, skrywanych ambicji, kamuflowanej zazdrości i zarzewie kolejnego konfliktu. Pulsujące nerwem i napięciem sekwencje dialogowe pokazują złożoność osobowości Jobsa i jego bezdyskusyjne oderwanie od banalnej, przyziemnej rzeczywistości.

Steve Jobs

Boyle pokazuje, że bezsprzecznie „piękny umysł” Jobsa, jego wizjonerstwo, zdolność patrzenia tam, gdzie nikt nie patrzy i myślenie „out of the box” – idzie w parze z okropnym, nieznośnym, i antypatycznym charakterem. W filmie Brytyjczyka twórca Apple jawi się, jako człowiek-maszyna, zdolny wymyślić najbardziej nowatorski produkt, napisać dla niego bezbłędną strategię, lecz niezdolny do głębszych uczuć, empatii, melancholii i miłości. Ba! Niezdolny nawet, żeby się przyznać do własnej córki. Ten antyspołeczny rys bohatera – egoisty, choleryka o wybujałym ego, sprawia, że trudno pozbyć się myśli, iż intelektualne błogosławieństwo Jobsa, jego geniusz były równocześnie jego przekleństwem. Tak jakby mózg stał się większy od człowieka.

Cała ta wiwisekcja nie byłaby tak hipnotyczna, tak tryskająca pierwotnymi emocjami, gdyby nie mistrzowski duet Michael Fassbender (Jobs) – Kate Winslet (Joanna Hoffman – asystentka, najbliższa współpracowniczka, kto wie, czy nie jedna z niewielu prawdziwych przyjaciółek Steve’a). Piekielnie zdolny Fassbender ma w ostatnich latach świetną passę, zostawmy go, więc na inną okazję. Tym bardziej, że w filmie Boyle’a wszystkie światła powinny być skierowane właśnie na Winslet. Jej Joanna, to beznadziejnie wierna, niezwykle oddana Jobsowi i sprawie – prawa ręka geniusza, ogarniająca cały chaos wokół niego. Cudowne połączenie sprawnego organizatora z cechami siostrzano-matczynej opiekuńczości. Psychologiczne i emocjonalne interwały, na jakich Winslet zagrała tę postać, jej nieludzka precyzja i wyczucie, sprawiają, że przyćmiewa ona momentami, skądinąd naprawdę brawurową rolę Fassbendera. Brawo Kate, nie widziałem cię w takiej formie od lat.

Boyle’a sposób na biografię jest wykoncypowany, lecz w gruncie rzeczy prosty. Światło na doniosłe momenty w życiu, zawężenie pola akcji, intensyfikacja emocji poprzez zamknięcie bohaterów w „teatralnej” inscenizacji – to wszystko działa i to działa nad wyraz dobrze. W zamian za rozbudowaną, rozgrywającą się w różnych sceneriach, wielowątkową historię, dostajemy kameralną i prostolinijną esencję z osobowości Steve’a Jobsa. Ekstrawertycznie-introwertyczną jak on sam. Dla mnie bomba. ***** (4.5/6)

STEVE JOBS reż. Danny Boyle. USA, Wielka Brytania. 2015.

Porta_del_Vento_Saray

Do filmu o Jobsie krótko i treściwie, ale i mega niebanalnie. Do obrazu o wielkim wizjonerze polecam wielkie wino – jedno z moich największych, prywatnych winnych odkryć ubiegłego roku. Mowa o macerowanym długo na skórkach, pomarańczowym, sycylijskim Catarratto – Porta del Vento Saray 2012. Wino najpierw przez 30 dni fermentowało na skórkach, następnie dwa lata dojrzewało w beczkach.

Barwa, jako się rzekło – pomarańczowa. Aromaty daleko wykraczające ponad to z czym kojarzymy, na co dzień szczep Catarratto. W niezwykle bogatym (co tu się nie dzieje!), głębokim i niejednoznacznym nosie, wyczuwalne nuty herbaciane, zioła. Ale zaraz, zaraz. Herbata, zioła? Czy aby na pewno? W tej butelce jednoznaczne określenie smaku i zapachu, to tak naprawdę nie lada wyzwanie. Wszystko jest tu zniuansowane, wielopłaszczyznowe, subtelne i… trudne do uchwycenia. I wszystkiego jest dużo. W swej gęstości i smakowej złożoności Saray sprawia wręcz mleczne wrażenie. Obecny i zauważalny jest tu (a jakże) przyjazny garbnik, tak charakterystyczny dla win pomarańczowych. Został cudownie zintegrowany z niemal niezauważalną kwasowością. Prawdziwe winne czary. Jest się nad czym zadumać. Te czarodziejskie łakocie dostępne są w Moja Italia (w niemałej, ale wartej grzechu cenie 119 zł). ******(5.5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino degustowałem na koszt własny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s