PIKNIK Z NIEDŹWIEDZIAMI. O dwóch takich, co poszli w las

A_Walk_in_the_ Woods_1

„Piknik z niedźwiedziami” to film z gatunku „przymyka”. Przymyka się tu oczy na pseudofilozoficzne ciągoty i fabularne naiwności, a docenia humor, żywioł przygody, i dojrzałe aktorstwo starszych panów dwóch – Roberta Redforda i Nicka Nolte.

Cała warstwa fabularna podporządkowana jest tu motywowi wędrówki. Ambicji sprawdzenia się, przekroczenia własnych granic fizycznych, jak i mentalnych, wejścia w głąb siebie. Wiem, że pobrzmiewa wam to z lekka przerażająco, jak pseudofilozoficzny coachingowy poradnik psychologii stosowanej, zaczerpnięty wprost z magazynu dla nastolatek. I macie rację. Na szczęście reżyser wrzuca tu w odpowiednich momentach na luz, a zapędy mentorskie rozmywają się w słusznie odmierzonej dawce sytuacyjnego humoru dwóch stetryczałych bohaterów. Tak, tak! Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy w prawdziwą męską i wycieńczającą wędrówkę udają się nie młodzi, a starzy. Wiwat starości!

A WALK IN THE WOODS

Na ten – postrzegany jako szalony – pomysł pieszej wędrówki Szlakiem Appalachów (kilka tysięcy kilometrów poprzez różne stany, zmieniające się krajobrazy i fluktuującą pogodę) wpada podstarzały pisarz książek podróżniczych Bill Bryson (Robert Redford). Żona wybija mu to z głowy, żaden z zaproszonych kumpli ze starych lat nie jest zainteresowany uczestnictwem. Wtem nieoczekiwanie zgłasza się Stephen Katz (Nick Nolte) – kumpel z młodości o wizerunku staczającego się pijaczka, o którym Bill, nie ma co ukrywać, dawno już zapomniał. Panowie, z braku alternatywy (nie wspominając o braku formy) wybierają się w wędrówkę, aż wołającą o wszystko, co nieprzewidziane, proszącą o ducha przygody.

Film zdawkowo, ale jednak, zaznacza zderzenie dwóch socjologicznie różnych, amerykańskich światów. Wykształconego Billa – świata ludzi, którym się udało (zacna bibliografia, żona, dzieci, wnuki, spokojna starość na amerykańskim przedmieściu) i prostolinijnego Stephena – świata Amerykanów z przetrąconym życiorysem (pogrążające nałogi, brak rodziny, problemy z prawem). I gdy już w głowie zaczyna nam migać lampka ostrzegająca przed zaangażowanym społecznie moralitetem, film zaczyna spuszczać z tonu. Luz – przypominam, luz jest tu wszechobecny. Niemniej jednak ten podział społeczno-charakterologiczny wyznacza relację bohaterów i mocno odbija się na ich okraszonej przygodami wędrówce.

A WALK IN THE WOODS

Przygoda, przygoda to jednak to, co panowie skwapliwie spijają z szansy, jaką otrzymują od losu. Dzięki względnej sprawności fizycznej, sile samozaparcia, ciekawości świata (wykraczającej daleko poza amerykańską normę), mogą we dwóch jeszcze raz przeżyć ekscytację, euforię, chwile zwątpienia, czyli wszystko to, co składa się na żywioł podróży, na piękno wędrówki. Na tych opuszczonych górskich szlakach, w głębinach lasu, w trakcie spotkania z niedźwiedziami (tak, są, prawdziwe!) doprawdy przyjemnie ogląda się tych dwóch nestorów amerykańskiego kina. Redford i Nolte, to dwie aktorskie wygi, którym nie straszne już żadne wyzwania, a tu, w dzikiej głuszy, z ciężkimi plecakami na ramionach uzupełniają się wręcz koncertowo. Pierwszy – stonowany, sztywny, lekko bufoniasty, nieco w stylu obecnego emploi Redforda, drugi – dziki, niepoprawny i nieobliczalny, z chrypliwym, mocno przepitym głosem Nolte’go.

Największa zaletą „Pikniku z niedźwiedziami” (pomimo kilku poważniejszych wątków) jest jego lekkość. To kino przygodowe z inklinacjami komediowymi ogląda się niezwykle łatwo i przyjemnie. Takie zwiewne kino w sam raz na lato. I choć o oczywistych mankamentach (filozoficzne bon moty Redforda, moralizatorski wątek alkoholizmu Nolte’go) trudno zapomnieć, to jak we wstępie muszę przyznać – aż chce się przymykać na to oko. Zwłaszcza, że po wyjściu z kina jeszcze długo kołacze się w głowie pytanie – a może by to wszystko pieprznąć i wyjechać do lasu? **** (3.5/6)

PIKNIK Z NIEDŹWIEDZIAMI (A Walk in the Woods) reż. Ken Kwapis. USA. 2015.

Na męską wędrówkę po amerykańskim Szlaku Appalachów polecam wam przewrotnie polskie wino, do tego czerwone. A to dlatego, że dość charakterystyczne i silnie kwasowe mocno krzepi. A bez krzepy, jak wiadomo, ani rusz.

Winnica_Plochockich_Sudomir_rubin

Polecane wino pochodzi od uznanego (jeden z pierwszych, który wprowadził wino na rynek detaliczny) polskiego producenta – Winnicy Płochockich, należącej do Barbary i Mariusza Płochockich. Winiarskie małżeństwo kiedyś posiadało winnice w dwóch lokalizacjach, dziś urzęduje na 4 ha na Sandomierszczyźnie.

Wino, które proponuję, to Winnica Płochockich Sudomir Rubin 2013 (Faktoria Win, 59 zł). W butelce dość oryginalna mieszanka: Marechal foch, Rondo, Regent. W kolorze dużo ciemniejsze, niż klasyczny rubin. W zapachu nie takie znowu oczywiste, choć dość prędko pojawiają się jeżyny, a i nieco śliwek, a w końcówce przechodzi to jeszcze w nuty skórzane. W ustach charakterne, z wyraźnie zaznaczonym kwasem i bezczelnym w swojej bezpardonowości garbnikiem. W sumie niezła sztuka, choć po polskie zachwyty pukajcie do innych drzwi (również Płochockich). Wino powstało w limitowanej ilości 4000 butelek na zamówienie Faktorii Win. **** (3.5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od Faktorii Win.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s