NEON DEMON. Piękno to wszystko

The_Neon_Demon_1

Psychoanalityczne symbole, podprogowe przesłania, elementy baśniowe, geometryczne odjazdy, nagromadzenie kolorowych faktur, pop-art i kicz… A wszystko to w rytmie narkotycznego transu. Tak hałaśliwym, barokowym językiem Nicolas Winding Refn próbuje odczarować wystawny świat modelingu.

Zapytacie – po co ta fasada? Pierwsza odpowiedź narzuca się sama. „Neon Demon” to w gruncie rzeczy banalna historia dziewczyny z prowincji, która przyjeżdża do Los Angeles, żeby odnieść sukces w bezlitosnym świecie modelek. Trzeba było, więc ubarwić fabułę, podarować filmowi dodatkowe warstwy znaczeniowe, podkreślić oko wyzywającym, krzykliwym makijażem. Czy coś pod tym make up-em się kryje?

To, w czego wir próbuje nas wciągnąć film, to okrutne środowisko zawiści, chudych jak szczapa dziewczyn, morderczych diet, podstawianych nóg, niemiłosiernego plotkowania, podkradania kontraktów, seksu jako waluty, fałszywych przyjaźni… Aż do myśli morderczych – z praktycznym wariantem włącznie. To świat, gdzie liczy się tylko idealna figura, nienaganny chód na wybiegu i to tak zwane „coś”. Coś, co zwróci na ciebie uwagę agenta, projektanta, fotografa czy reżysera. Świat, gdzie wypowiadane przez jednego z bohaterów motto – Piękno to nie wszystko, ale to wszystko, co się liczy – oślepia jak neon dosłownością. Winding Refn ten efekt szoku chce jeszcze podbić, konfrontując okrutne, spływające nienawiścią realia z kruchą i delikatną Jesse (Elle Fanning). Dziewczyną o subtelnej urodzie i anielskich blond włosach. Choć rozwój wypadków pokazuje, że od anioła do diabła niedaleka droga…

The_Neon_Demon_2

Reżyser spuszcza na salę kinową deszcz napalmu. Tak można się poczuć pod ciężarem kolorystycznych wariacji, dynamicznej gry kolorów, geometrycznych kształtów i kakofonicznej – nieco w stylu lat 80. – transowej muzyki. To, z czego czerpie największą frajdę Refn to jednak gra symboli. Wszyscy fani jego najlepszego filmu „Drive” wiedzą pewnie, o czym mówię. Tu mamy podobnie. Stylizowana sesja fotograficzna z „przypadkową” krwawą charakteryzacją Jesse (po trupach do celu), tygrys w motelowym pokoju (zaproszenie dzikiej bestii do siebie), wyplute przez jedną z bohaterek ludzkie oko (chore dążenie starszych modelek, żeby móc patrzeć oczami młodszych, świeższych dziewczyn) – to zaledwie garstka z wielu przykładów.

Refn najlepiej odnajduje się w świadomej zabawie formą. Tak, więc i „Neon demon” ma problemy z gatunkową tożsamością. Trochę tu kina obyczajowego z zacięciem socjologicznym (wątek dziewczyny i młodego fotografa w wielkim mieście), trochę psychologicznego dreszczowca (tygrys, scena łazienkowa po castingu), trochę horroru, a nawet trochę stylistyki rodem z muzycznych wideoklipów. Refn niczym druid miesza w tym magicznym kotle zróżnicowanymi poetykami. Robi to najwyraźniej z dodatkiem jakichś czarów, bo co by nie pisać trzyma się to jakoś kupy i ogląda się to bez przesadnego zgrzytania w zębach.

The_Neon_Demon_3

Wielu z Was uzna pewnie za nieakceptowalne, kiczowate wtręty, których co rusz reżyser tu trochę poupychał. Mowa o wrzeszczących dziką kolorystyką interludiach, makabrycznych detalach niczym z kina gore, czy kiczowatej, lateksowej scenografii rodem z filmów exploitation. Fakt, może to wywołać lekko drwiący uśmiech w kąciku ust. U twórcy „Drive” jest to jednak efekt zamierzony i z premedytacją użyty. Niewielu jest podobnych twórców, którzy z lubością archeologa eksplorują najdziksze odmęty kinowej popkultury, filtrując i przeszczepiając poszczególne elementy na taśmę filmową. Refn to potrafi (co przyznaję) i kocha to robić.

Droga do sukcesu Jesse niezupełnie przypomina taką, którą znamy z magazynów o gwiazdach. To nie jest historia o larwie przemieniającej się w motyla. Twierdzę, że wręcz odwrotnie. Z zawstydzonego, niepewnego siebie Kopciuszka przeistacza się ona dość szybko w cynicznego wampa, skłonnego łamać wszelkie reguły, by tylko usunąć rywalkę ze swojej drogi. W odstawkę idzie sympatyczny, ale zbyt przeciętny, jak na nowe życie chłopak. Z pewnym lekceważeniem zostaje potraktowana wydawałoby się jedyna przyjaciółka w tym nowym dla Jesse środowisku. Palone mosty prowadzą dziewczynę nad samą przepaść, do miejsca, gdzie za ulotne piękno są w stanie zabić.

„Neon Demon” można potraktować jak seans „Czarnego łabędzia” na kwasie w swobodnej interpretacji Davida Lyncha. Przy zachowaniu odpowiednich proporcji, ale można. I choć sam widzę w tym filmie sporo zalet czy też ślady niekonwencjonalnego podejścia do tematu piękna, to mnie ten obraz swoim hałasem i wulgarnością formy jednak nie porywa. *** (3/6)

NEON DEMON (The Neon Demon) reż. Nicolas Winding Refn. Dania, Francja, USA. 2016.

Odpowiedzią na wulgarną dosłowność i kakofonię kolorów i dźwięków jest dla mnie leczące wszelkie podrażnienia słodkie wino z Tokaju. Życząc Wam dobrze, życzę Wam do seansu przynajmniej tak dobrego wina, jak to late harvest z Dobogó Pincészet.

Dobogo_MylittaDobogó to uznana, wielokrotnie nagradzana, choć mała (zaledwie 5 hektarów) winiarnia z serca regionu – miasteczka Tokaj. Właścicielem winiarni jest rodzina Zwack, sławna od ponad dwustu lat z tworzenia popularnego na całym świecie likieru Unicum. Wina tworzy się tu nieco krócej, ale niezwykle zdolny winemaker Attila Domokos w każdym roczniku udowadnia, że jest magicznym druidem wśród twórców 6-puttonowego Aszú i wytrawnych wersji Furminta. Do filmu polecam jednak wersję pośrednią z oferty winiarni (pomiędzy największymi słodkościami, a wytrawnością), która zachwyca niemniej niż pozostałe butelki spod ręki Domokosa – Dobogó Mylitta 2012.

Zachęca już jasno-słomkowy kolor. Wewnątrz druid ukrył szczepy: Furmint, Hárslevelű i Muscat Lunel. W zapachu wyraźne, przyjemne aromaty moreli, rodzynek i miodu lipowego. W smaku niezwykle czyste, o dużych oczach spływających po kieliszku. Całkiem poważna koncentracja oddana w nektarowo-kwiatowej ekspresji i intensywnym miodowym posmaku, który jeszcze długo pozostaje na podniebieniu. Dużo finezji i elegancji jak na late harvest. Ale przede wszystkim masa przyjemności z picia. Mniam!

Wino – co zaskakujące – nie jest dostępne w Polsce. Inne etykiety od producenta ma w swojej ofercie Mielżyński Wines Spirits Specialites. Panie Robercie, prosimy o Mylittę! ***** (4.5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Źródło wina – przywiezione z wyjazdu winiarskiego, zakup własny.

Reklamy

2 comments

  1. Jak dla mnie to kino to nie tylko zabawa formą. Pod celowo płytką fabułą kryję się dość sporo nawiązań literacko-filozoficznych (tygrys – William Blake, oko – beauty is in the eye of the beholder), a także rytuał, czyli to co Refn lubi najbardziej już od czasów Valhalla Rising. Film ilustruje w bardzo ekspresyjny sposób tę zagwozdkę piękna jako ideału mylnie przez człowieka traktowanego jako coś materialnego, co można posiąść (np. poprzez seks – nekrofilia w filmie pokazuje to dobitnie). Piękno jest w oku patrzącego, jest bytem idealnym, mentalnym tworem, konwencją epoki, ale oddziałuje z taką siłą, że ludzie biorą je za materię i jak materię traktują, co prowadzi bardzo często do tragedii. Dostojewski, na przykład, rozkminiał to w „Idiocie”, Keats, Blake, Sorrentino (Wielkie Piękno) etc. i Refn poniekąd bierze udział w tej polemice, a po części ilustruje w typowy dla siebie sposób cały problem piękna. Modeling to tutaj jedynie pretekst. No a poza tym jest rytuał, warstwa dla Refna chyba najistotniejsza. Jesse staje się kozłem ofiarnym, ideałem urzeczywistnionym, który trzeba zniszczyć, żeby człowiek mógł do niego dążyć, ale nigdy go nie osiągać itd. Możliwości interpretacyjne są naprawdę bardzo szerokie. Jest to postmodernistyczna alegoria naszpikowana symbolami, ale dość spójna i na pewno inspirująca. Pozdrawiam! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s