JASON BOURNE. Jednorożec

Jason_Bourne_1

Czasem łatwiej poznać siebie, niż pogodzić się z przeszłością – wynika z seansu „Jasona Bourne’a”.

W trzech pierwszych częściach serii, Bourne – a właściwie zwerbowany do CIA za młodu  David Webb – próbował z determinacją rozgryźć swoje ukrywane przez lata jestestwo. W nowej odsłonie Jason wie już kim jest. Do bohatera jednej z najbardziej udanych sag szpiegowskich współczesnego kina, wracamy w chwili, kiedy jest wciąż rozchwiany emocjonalnie, co potwierdza tylko jego obecny fach – stymulujące zwierzęce pokłady adrenaliny, nielegalne walki na pięści na greckiej prowincji. Stworzony przez Roberta Ludluma bohater żyje na uboczu, nie rzuca się w oczy, prowadzi dość skromne życie, ale co najważniejsze – zaczyna godzić się ze sobą. Tymczasem mimowolnie zostaje zmuszony do ponownego gmerania w przeszłości, w której odnajduje niejasne pokrewieństwo swojego ojca z tajnymi służbami.

To, co po raz kolejny (tyle, że ze zdwojoną siłą) uderza w historii o Bournie, to wizja totalnej inwigilacji, jakiej na co dzień poddawani są przestępcy jak i zwykli obywatele. Inspirowany wyraźnie historiami o Edwardzie Snowdenie i Julianie Assange, wątek „poszukiwania” agenta przez specjalistów z centrali CIA, jest wizją skrajnie orwellowską. Na ekranie widzimy, że w przeciągu zaledwie kilku sekund dzięki nowoczesnej technice wprawiony programista jest w stanie odnaleźć i namierzyć każdego, pod każdą szerokością geograficzną, i dosłownie w przeciągu kilku minut wysłać oddział ludzi, żeby go schwytali. „Słuszną linię” mają nowe technologie jeśli zmierzają do tak absolutnej kontroli. Niewymuszony, zimny pot na karku w trakcie seansu, to nie przypadek, drodzy czytelnicy.

Jason_Bourne_2

Film o Bournie ponownie jest kwintesencją kosmopolityzmu i braku wyraźnych granic. Świat się skurczył, jest tak mały, ze można go zamknąć w pudełku na zapałki – zdaje się mówić Paul Greengrass. W filmie przeskakujemy z Aten do Berlina, z Berlina do Londynu, z Londynu do Las Vegas. Realizatorom nie brak pomysłowości, jak z tych znanych z autopsji, bądź magazynów podróżniczych metropolii, wykrzesać dodatkową, ładnie przypudrowaną twarz, nadać atrakcyjnego, seksownego powabu. Szybkość i łatwość, z jaką zmieniamy lokalizacje to kolejny dowód na to, że świat zmienił się w ekran smartfona – tak szybko jak scrollujesz obraz, tak szybko zmienia się i rzeczywistość.

Przez wszystkie te lata twórcom cyklu o Jasonie Bournie nie można było odmówić jednego. Perfekcyjnej sprawności realizacyjnej. Tak jest i tym razem. Nadludzko dynamiczny sposób filmowania, oddanie rozchwianej osobowości agenta w równie rozedrganej pracy kamery, która jest ciągle w ruchu. To już znaki firmowe Bourne-ów. Ogląda się to znakomicie, widz ma poczucie obcowania z ciągłym „dzianiem się”, nie daje mu się choć na chwilę odetchnąć. Dzięki oku kamery jesteśmy blisko bohatera i pędzącej akcji. Jest w nowym obrazie Greengrassa kilka sekwencji, nakręconych z takim impetem i niewiarygodną wręcz brawurą, że przyprawiają o drżenie, i nutę podniecenia. Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o zapierającej dech w piersiach (a niejeden pościg widziałem) mega długiej sekwencji pościgu samochodowego ulicami Las Vegas. Rozmach, dynamizm, perfekcyjna praca kamery, składają się na jedną z lepszych tego typu scen w historii kina. Sama kosztowała pewnie tyle, że niejeden polski reżyser wziąłby tę kwotę w ciemno (na realizację całego filmu).

Jason_Bourne_3

Po dziewięciu latach od doskonałego „Ultimatum Bourne’a” do projektu powrócił niezastąpiony duet Paul Greengrass – Matt Damon. Powrót szczególnie tego drugiego jest kluczowy dla całej serii. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz fizyczność aktora tak mocno scaliła się z bohaterem wymyślonym na kartach książki. Świetnie, po warunkach obsadzony Damon, to facet o dość przeciętnych warunkach fizycznych, twarzy dalekiej od amanta, przypominający bardziej jednego z bohaterów „Stowarzyszenia umarłych poetów”, niż herosa i gwiazdora kina akcji. Jego fizyczność chłopaka z przedmieści i wymalowany na twarzy rys przeciętności świetnie zgrał się z „nietypowym” rysem charakterologicznym bohatera kina sensacyjnego – pełnym wątpliwości w to, co robi, miotanym przez niezliczoną ilość pytań o sens własnego istnienia i rolę w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. I o to chodziło. Bourne miał być bohaterem kina akcji z ludzką twarzą, facetem z krwi i kości. Agentem specjalnym CIA, który równie dobrze mógłby być naszym sąsiadem czy kumplem z klasy. Kimś z kim z chęcią umówilibyśmy się na piwo.

Szczególnie uderzające dla Bourne’a jest porównanie z innym najsłynniejszym agentem specjalnym – Jamesem Bondem. Z jednej strony twardy i bezkompromisowy, ale poszukujący siebie i rozchwiany emocjonalnie, wrażliwy facet. Z drugiej – nienagannie wyglądający twardziel, w postaci przeoranego doświadczeniami i trudną przeszłością agenta o niespotykanym szyku, i szarmanckim stylu prowadzenia. Jedyne, co łączy dwóch panów, to destrukcyjny wpływ na kobiety, którymi się otaczają. Z tą różnicą, że Bond „korzysta” z ich obecności, natomiast Bourne „wykorzystuje” je do celów stricte operacyjnych. W obu jednak przypadkach panie stąpające przy boku obu bohaterów o tych samych inicjałach JB (przypadek? nie sądzę) kończą źle. Z opcją wąchania kwiatków od dołu włącznie.

„Jason Bourne” poprzez sprytny zapis w scenariuszu zostawia furtkę na ewentualną kontynuację serii. Co tu kryć, wydaje się, że jest co kontynuować. Tworzona przez lata wizja agenta CIA o niejasnej tożsamości, wykreowała postać na tyle nietuzinkową i powiedzmy to szczerze – niegłupią – że ten przeciętniak z sąsiedztwa urósł do rangi jednorożca pośród bezkresnych pustkowi trywialności, głupoty i skarlenia sporej części bohaterów kina sensacyjnego. I choć nowy Bourne nie jest tak świeży i błyskotliwy, jak jego poprzednik, to daje nadzieję na przyszłość na ewolucję serii, jak i bohatera. Pierwszy krok już wykonany: odważnie wypowiedziana deklaracja tożsamości w tytule – nazywam się „Jason Bourne”. **** (4/6)

JASON BOURNE reż. Paul Greengrass. USA. 2016.

Na dynamiczne kino, które nie pozostawia chwili wytchnienia – mam tylko jedną odpowiedź. Wino naturalne, powolne czyli slow wine! Ha! Nie spodziewaliście się pewnie.

Weingut_Michael_Gindl_Little_Buteo

Do wyhamowania zachęca butelka od Michaela Gindla z austriackiej winiarni Weingut Michael Gindl. Winiarz pochodzi z niewielkiej austriackiej wsi Hohenruppersdorf, położonej blisko granicy z Czechami i Słowacją. Umiłowanie do prostoty i natury odzwierciedla się w nazwie najstarszej tutejszej winnicy – Sol (tak zresztą nazywa się też jedno z win Michaela). Gindl uprawia swą winnicę ekologicznie i od kilku lat posiada certyfikat Demeter.

Ja postawiłem na butelkę białego Weingut Michael Gindl Little Buteo 2013. Etykieta jednoznacznie wyjaśnia pochodzenie nazwy wina, a oznacza tyle, co Mały myszołów. W środku Grüner Veltliner poddany ośmiogodzinnej maceracji ze skórkami. Fermentacja przebiegała w sposób spontaniczny. Efekt to barwa w odcieniach oleju z pestek dyni. W nosie masa białych owoców i sporo mineralności (tej spod znaku nut krzemiennych). Bardzo dobra koncentracja, pokaźny owoc i zdecydowana, ale nie nachalna kwasowość. Jak na podstawowe wino producenta, Little Buteo ma zaskakująco długi finisz. Ostatnie słowo kradnie tu uroczy i tłuściutki w smaku, owocowy pocałunek. Wino kupicie w Lipowa 6F/ Krako Slow Wines, w cenie 60 zł. ***** (5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Źródło wina – zakup własny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s