ŚMIETANKA TOWARZYSKA. Marzenia to…

Cafe_Society_1

Jest lato, jest i kolejny film Woody’ego Allena. Bo dobre tradycje należy szanować. W czym wydatnie pomaga powrót reżysera do formy.

„Śmietanka towarzyska” potwierdza znaną allenowską regułę – regularnie nieregularnej formy. Co to oznacza? Ano to, że w czasach współczesnych (zawęźmy to do XXI wieku) Allen przeplata filmy dobre ze słabymi. Ta zasada sprawdza się ponownie. Po rozczarowującym „Nieracjonalnym mężczyźnie” nowy obraz Nowojorczyka jest znowu na fali zwyżkowej. Mamy tu wręcz coś w rodzaju greatest hits ulubionego okularnika kinowych inteligenckich mieszczuchów. Jest więc i tautologiczny głos narratora (sam Allen) z off-u, autoironiczne żarty z Żydów, typowe allenowskie fobie, wypełniona inteligenckimi dialogami akcja, powoli snujący się w tle jazzik, lekkość opowiadania oraz klasyczny bohater – typ rozchwianego emocjonalnie intelektualisty-wrażliwca, jakimś dziwnym trafem przypominający alter ego reżysera. Można się oczywiście obrażać na to, że Allen jest wtórny, ale te elementy, które już dobrze znamy, ponownie, w magiczny sposób (sam nie potrafię tego wytłumaczyć) łączą się ze sobą, tworząc fabułę, którą się po prostu wybornie ogląda. Woody, znowu to zrobiłeś!

Cafe_Society_2

Allen autoironicznie zderza dwa amerykańskie światy. Światy dwóch metropolii – Nowego Jorku i Los Angeles, na pograniczu których sam egzystuje (na trochę dzikich papierach) już od kilkudziesięciu lat. Ucieleśnienie Nowego Jorku – Bobby (Jesse Eisenberg) – romantyczny, marzący o karierze młodzieniec z Bronxu – wyrusza do Miasta Aniołów w poszukiwaniu swoich pięciu minut sławy. Ma mu w tym pomóc wujek Phil (Steve Carell) – człowiek filmowego establishmentu, agent topowych gwiazd Hollywood – wprowadzając go do tytułowej śmietanki towarzyskiej. Zamiast jednak pokonywać kolejne stopnie kariery młody zaczyna rozglądać się za kobietami i już na starcie wpada po uszy, zakochując się w młodej sekretarce Vonnie (Kristen Stewart). Pech chce, że Vonnie jest już w związku z nieodpowiednim, naprawdę nieodpowiednim (dla Bobby’ego) mężczyzną. Cóż, intryga miłosna (jak to często u Allena) jest tu rozkosznie pokrętna.

Związek Bobby’ego i Vonnie nie przechodzi próby czasu. Dziewczyna rezygnuje z nowojorskiego romantyka bez finansowych perspektyw, na rzecz „grubej hollywoodzkiej ryby”. Zamienia „być” na „mieć”, a chłopak po gorzkim rozczarowaniu wraca na stare śmieci do Nowego Jorku. Trudno doprawdy pozbyć się wrażenia, że Allen wręcz kapitalikami próbuje autoironicznie skontrować świat hollywoodzkiego blichtru i pogoni za sławą (gdzie teoretycznie każdy może liczyć na happy end wprost z każdego „szanującego się filmu”) z realnym światem Wschodniego Wybrzeża, które mocniej stąpa po ziemi. Z miejscem skąd Żydzi rządzą całym światem.

Cafe_Society_3

Najciekawszym wątkiem nowego filmu Nowojorczyka wydaje się jednak temat iluzji nieprzemijającej miłości. Chodzi o sytuację, w której było się kiedyś z drugą osobą w związku, nastąpiło rozstanie, lecz fascynacja i marzenia o ukochanym wciąż pozostały żywe, pomimo, że obie osoby żyją w nowych, często szczęśliwych (albo i nie) związkach. Allen swoją sprytnie skonstruowaną historyjką próbuje przekonać, że żar, który nigdy nie zdążył zamienić się w wielki ogień, potrafi się tlić w ukryciu nawet przez wiele lat, by przy nadarzającej się okazji buchnąć nieoczekiwanym dla obu stron płomieniem. Końcowa konstatacja filmu, mówiąca, że marzenia (nawet jeśli najbardziej romantyczne) to tylko marzenia – jest jednym z najbardziej gorzkich momentów w kinie Amerykanina, jakie pamiętam.

Na pełen obraz nowego Allena wpływają też elementy świetnie nam już znane. Wesoła, pełna oryginałów, żydowsko-nowojorska rodzinka Bobby’ego, racząca nasze uszy wiązankami dowcipnych bon motów o Żydach w rodzaju: gdybyśmy wprowadzili do naszej religii życie wieczne, bylibyśmy bardziej popularni. Chill-outowy soundtrack składający się z powolnych standardów jazzowych, czy lekki, żeby nie powiedzieć pozornie błahy wydźwięk filmu. Te i inne składniki tworzą danie, które konsumowaliśmy już nie raz, lecz zawsze z entuzjazmem wracamy do smaków, które lubimy i dobrze znamy.

Allenowi, co nie nowość (znowu!) udało się zebrać doborową obsadę. Eisenberg ze swoim inteligencko-żydowskim emploi, pasujący jak mało kto na następcę aktorskiego Allena – wraca do jego kina i znowu cieszy oko. Strzałem w dziesiątkę (jak to się stało, że dopiero teraz?) było zaangażowanie Steve’a Carella. Jego niezmierzona charyzma i naturalny dar komediowy świetnie przysłużyły się postaci bossa hollywoodzkich gwiazd i gwiazdeczek. Oglądać go to czysta przyjemność. Porażką obsadową i jawnym nieporozumieniem wydaje się natomiast rola znanej ze „Zmierzchu” Kirsten Stewart. Tym bardziej, że odtwarza dość kluczową rolę w filmie. Niestety, Stewart jest drewniana i ograniczona w środkach aktorskiej ekspresji i nijak nie wpasowała się w filmowy świat Allena. Przy niezmierzonych (jak się wydaje) możliwościach obsadowych, doprawdy dziwi ten wybór.

To, co znowu udaje się Allenowi, to stworzeniu niesamowitego klimatu. Zdjęcia Vittorio Storaro, inscenizacja, kostiumy, detale z epoki, wprowadzają nas w świat złotych lat Hollywoodu, kiedy Gary Cooper odmieniany był przez przypadki z Ginger Rogers. Akcja toczy się dość powoli i przeczuwam, że co poniektórym może się wydać nudna. Mnie ten film jednak kupił. I jak się tak zastanowię, to myślę, że ostatecznym stemplem jakości „Śmietanki towarzyskiej” jest dla mnie wyjątkowo sentymentalny finał. To melancholijne zastygnięcie w bezruchu dwójki niefortunnie zakochanych w sobie osób ma tak wiele z życiowej prawdy, że nagle ta błaha opowieść nabiera ciężaru daleko większego, niż „kolejna bezpretensjonalna komedia Allena na wakacje”. **** (4/6)

ŚMIETANKA TOWARZYSKA (Café Society) reż. Woody Allen. USA. 2016.

Zadumałem się, nie powiem, zadumałem na tym filmie. Przewidując u Was podobne reakcje, w ramach otrzeźwienia proponuję, więc do seansu rześkie, hiszpańskie Albariño z Galicji, z apelacji Rias Baixas.

Rectoral_do_Umia_AlbarinoWino Rectoral do Umia Rías Baixas Albariño Sentidiño 2015 (Lidl, 19.90 zł) mruga w kieliszku zielonkawo-żółtym okiem. W nosie mocno aromatyczne z wyczuwalnymi cytrusami i zielonym jabłkiem. Zaskakująco tu mało mineralności, czy charakterystycznych nut słonych jak na Albariño. Usta proste, czyste z lekko gorzkawym owocem i wyraźną, wibrującą kwasowością. Przy swoich wszystkich mankamentach i zaletach,  jest to jednak całkiem smaczna, i orzeźwiająca propozycja na końcówkę lata. *** (3/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od Lidl Polska.

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s