BOSKA FLORENCE. Śpiewająco

Florence_Foster_Jenkins_1

Truizm „życie pisze najlepsze scenariusze” ponownie w służbie kinu. Śpiewająco.

Każdemu, kto widział świetny spektakl „Boska” z Krystyną Jandą w warszawskim Teatrze Polonia postaci tej nie trzeba przedstawiać. Dla pozostałych krótkie przypomnienie. Florence Foster Jenkins była sopranistką-amatorką, która oficjalnie została uznana za „najgorszą śpiewaczkę świata”. Jenkins po rodzicach odziedziczyła ogromny majątek, z którego finansowała swoją karierę muzyczną. Była niespełnioną śpiewaczką, ponieważ jej ojciec odmówił w dzieciństwie wysłania jej na studia operowe. To, czego nie zaznała, jako dziewczynka odbijała sobie w późniejszym wieku. Po nieudanym małżeństwie związała się aktorem estradowym St. Clairem Bayfieldem, który do końca kariery pozostał jej menedżerem. Film Stephena Frearsa opowiada jej historię właśnie od momentu, kiedy zaczyna spełniać swoje muzyczne marzenia.

Florence_Foster_Jenkins_2

Florence (Meryl Streep) pod rękę z St. Clairem (Hugh Grant) przeprowadza casting na pianistę w wyniku, którego na akompaniatora zostaje wybrany Cosmé McMoon (Simon Helberg) – początkujący, dobrze zapowiadający się muzyk o słusznie milczeniem pomijanej prezencji. Wkrótce jej występy zaczynają nabierać tempa. Na scenie pokazuje się w wymyślnych kostiumach, często udekorowanych piórami i świecidełkami. Koncertuje w ulubionych salach, w tym raz do roku w Hotelu Ritz-Carlton w Nowym Jorku. Zwieńczeniem jej marzeń jest koncert, który daje na żądanie widowni w samym, słynnym Carnegie Hall.

Stephenowi Frearsowi udaje się sprawnie odwrócić uwagę od pękniętego portretu bohaterki. Film, który mimowolnie powinien ciążyć w stronę melodramatu, przesuwa się bardziej w kierunku komedii charakterów. Dzięki temu mniej w nim dramaturgicznego ciężaru (choroba Jenkins), a więcej zabawnych sytuacji powstałych na linii: niemiłosiernie fałszująca bohaterka – wszystko słyszący, ale udający, że nic się nie dzieje, kabaretowi w formach wyrazu – St. Claire i McMoon. Szkoda, że przyjęta konwencja niejako wymusza salwy śmiechu z wielobarwnej Jenkins, zapominając o ocenie reakcji widowni, której rechot ma zupełnie czytelne podłoże.

Florence_Foster_Jenkins_3

W dosłownej interpretacji „Boska Florence” jest historią pogoni za (często trudnymi do spełnienia) marzeniami. To także świadectwo ogromnej miłości do muzyki i kolejny dowód na jej terapeutyczną rolę. Marzenia Jenkins się spełniają. Sama im, co prawda pomaga, ale na koniec dnia liczy się efekt. Jednak obraz Frearsa, to również – mimochodem – głos w temacie relatywności oceny dzieła sztuki. Co decyduje o tym, że krytyk, czy bezwiedny komentator kultury ocenia jakiś utwór dobrze albo źle? Co jest wyznacznikiem, miernikiem dobrego gustu? Mistrzowsko narysowanego obrazu, świetnie napisanej książki, czy bezbłędnie zaśpiewanego utworu. Kto lub co decyduje o tym, że pewne rzeczy trafiają do kanonu, stają się wzorcem, a inne pozostają na wiecznym marginesie awangardy, czy – chętnie nadużywanym terminie – alternatywy artystycznej?

Do pytań tych skłania historia Jenkins, jej niezrównane „umiejętności” rytmiczno-wokalne i łamiący się głos z trudem podtrzymujący dźwięki. Zresztą jej fenomen (przy całej świadomości lub nie własnych ograniczeń) polegał między innymi na tym, że była ona przekonana o swojej wielkości. To stąd siła, dzięki której była w stanie mierzyć się z widownią – co prawda często złożoną z oddanych, wiwatujących klubowiczek i wybrańców, ale często też wybredną, i niepozostawiającą na niej suchej nitki. Reakcje słuchaczy – gwizdy, gromkie śmiechy – Jenkins często odbierała, jako przejaw „profesjonalnej zazdrości”. Fenomen doprawdy nie z tej ziemi.

Ta opowieść nie byłaby oczywiście tak barwna i nęcąca, gdyby nie odtwórcy głównych ról. Tak jak wspomnianego spektaklu z warszawskich desek teatralnych nie wyobrażam sobie bez Krystyny Jandy, tak od teraz postaci Jenkins nie widzę już bez Meryl Streep. Nad kunsztem największej aktorki współczesnego kina rozpływano się już nie raz, nie będę się, zatem powtarzał. Wspomnę tylko, że to jedna z jej najbardziej niejednoznacznych i złożonych ról ostatnich lat. Założę się, że nominacja do Oscara jest już gwarantowana. Niejako na marginesie postaci Florence mamy Hugh Granta w roli męża, partnera – ostoi śpiewaczki. Przyznam bez ogródek, nigdy nie byłem wielkim fanem talentu Brytyjczyka. Tymczasem w „Boskiej Florence” pierwszy raz od wielu lat widzę go w tak dojrzałym wydaniu, sprawiającego wrażenie w pełni świadomego swoich warunków i tego, co może dać widzowi. Ja mu daję mu pełny kredyt zaufania. Najlepsza rola Granta od lat? Kto wie.

– Mogą mi zarzucać, że nie potrafię śpiewać, ale nie mogą powiedzieć, że nie śpiewam – mówiła zmęczona Florence po swoim legendarnym występie w Carnegie Hall. Trudno o lepsze podsumowanie kariery śpiewaczki, która śpiewać nie potrafiła, ale jej muzyka płynęła prosto z serca. I była boska. **** (4/6)

BOSKA FLORENCE (Florence Foster Jenkins) reż. Stephen Frears. USA, Wielka Brytania. 2016.

Film o Florence skłania ku temu, by cieszyć się każdą chwilą życia. A cóż pomaga w tym lepiej jak nie bąble? Dziś jednak nie będę szalał z Szampanem czy Franciacortą, lecz postawię na wersję bardziej ekonomiczną czyli Prosecco.

Zardetto_Zolar_Prosecco

Prosecco, które rekomenduję pochodzi od jednego z bardziej uznanych producentów w Veneto – Zardetto. Wybrałem butelkę z apelacji Conegliano Valdobbiadene Prosecco Superiore D.O.C.G. czyli jednej z bardziej prestiżowych kategorii win w tym regionie. Zardetto Zolar Prosecco Superiore Brut to oczywiście 100 procent szczepu Glera. Musiak jawi się w kieliszku słomianożółtym kolorem. W nosie cytrusy, zielone, kwaśne jabłka i subtelne nuty drożdżowe. Nos jest jednak mocno wycofany i nieśmiały. W ustach ładna perlistość, średnie musowanie. Słuszna dawka kwasu, a do tego dużo świeżego owocu. W posmaku świetna, kręcąca goryczka. Dobra równowaga i – jeśli nie będzie to w tym przypadku przesadą – nuta elegancji. Wino dostępne w sklepie importera StarWines na warszawskim Mokotowie (cena 50 zł). **** (4/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino – zakup własny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s