JULIETA. Powrót do kobiecego wszechświata

julieta_1

Nikt tak, jak on nie potrafi rozgryźć kobiecej duszy i o samych kobietach opowiadać melodramatycznie, lecz z werwą godną najlepszych kryminałów. Cały Almodóvar. Dobrze, że wrócił.

W „Julietcie” Almodóvar bierze się za bary z opowiadaniami nagrodzonej literackim Noblem Alice Munro. Opierając się swobodnie na motywach jej historii, przedstawia pokrętne losy matki i córki, które nie mają ze sobą kontaktu od kilkunastu lat. Początek jest jednak zgoła inny. Juliettę (Emma Suárez), poznajemy, jako dojrzałą, mieszkającą w Madrycie kobietę, która po latach życia w samotności chce wyjechać (uciec?) z nowo poznanym partnerem do Portugalii. Na ulicy spotyka przypadkowo dawną przyjaciółkę córki Antii, co otwiera dawno zagojoną ranę niewyjaśnionego rozstania sprzed lat.

julieta_2

W tym miejscu Almodóvar rozpoczyna zabawę w swoim stylu. Portretuje bohaterki w arcyprecyzyjnych retrospekcjach. Wracamy do przeszłości, dowiadujemy się, że młodsza Julieta (Adriana Ugarte) straciła w tragicznych okolicznościach męża, a córka osiągając pełnoletność wyjechała bez wyjaśnień z domu i zniknęła bez śladu. To początek obsesyjnej krucjaty Juliety, żeby odnaleźć córkę na wszelki sposób. Przyczyny wcześniejszych wydarzeń poznajemy falami. Co chwilę dociera do nas nowy fakt, jakiś szczegół, który w innym świetle stawia wydarzenia, którymi byliśmy świadkami dosłownie przed momentem. Czuć w tym labiryncie nielinearnej czasoprzestrzeni mistrzowską rękę Pedro. Przy swoich ciągotach w kierunku rozbudowanych melodramatów i jednocześnie ekstrawaganckich kryminałów, „Julieta” zachowuje zaskakującą dyscyplinę, i oszczędność narracji.

Nowy film Almodóvara, to historia o odkupieniu winy, bolesnym odrzuceniu, odrodzeniu i wreszcie poszukiwaniu szczęścia. Sam Pedro (inaczej, niż drzewiej bywało) rezygnuje tym razem z charakterystycznych elementów groteski, humoru i kiczu. Nie uraczymy tu też typowych dla niego obyczajowych prowokacji. Czy to Almodóvar ugrzeczniony? Może i tak, ale nie w tym rzecz. W zamian mamy rozciągniętą na kilkadziesiąt lat, pełną napięcia historię kobiety i jej rodziny, opowiadaną w sposób wartki i dynamiczny. Oglądamy psychologiczne studium matki popadającej w obsesję, staczającej się powoli w ramiona depresji.

julieta_3

W „Julietcie” kolejny już raz dosłownie spijałem z ekranu przejawy perfekcji wizualnej Hiszpana. Wysmakowane, bezbłędnie zaaranżowane kadry, designerskie wnętrza, kostiumy dodające postaciom „drugiego oddechu”, perfekcyjna gra kolorów. Te i inne elementy tworzą wrażenie, że Pedro, pomimo wielu lat rozłąki z kinem nie stracił jego czucia. To jednak tylko skóra, dużo ciekawiej robi się pod nią.

Film rozpoczyna się od zbliżenia na pofałdowaną czerwoną materię sukni, która może przypominać waginę. Ten trop matczynego łona powraca w końcówce, kiedy Almodóvar wprowadza do historii trochę światła, a obraz przeobraża się tak naprawdę w historię o dwóch matkach. Antia po wielu latach milczenia odzywa się do Juliety. Jak się okazuje sama jest już matką i doświadczyła tragedii związanej z jednym ze swoich dzieci. Wraca, więc psychologiczny motyw polegający na tym, że jak sami doświadczymy tego, co wyrządziliśmy innym, to późno, bo późno, ale przychodzi otrzeźwienie i refleksja nad naszą przeszłością. W finale dochodzi prawdopodobnie do spotkania starszej wersji Juliety z młodszą (w skórze jej córki). Tego obrazka Almodóvar nam już jednak oszczędza.

Hiszpan wraca „Julietą” do kobiecego wszechświata. To Almodóvar mniej zadziorny i szalony, za to spokojniejszy, i poważniejszy. Z jednej strony epicki, z drugiej wciąż kameralny. I choć brakuje mi w finale bardziej zdecydowanego akcentu, a i sam film – co trzeba sobie powiedzieć wprost – nie należy do jego najlepszych, to obraz ten wypełnia nieznośną pustkę. Pustkę, której po Almodóvarze nikomu, jak dotąd nie udało się wypełnić. ***** (4.5/6)

JULIETA reż. Pedro Almodóvar. Hiszpania. 2016.

Tak, tak, pewnie spodziewacie się do kina Almodóvara jakiejś krwistej, hiszpańskiej czerwieni. Nie przeczę, beczkowa, głęboka Rioja, czy gęsty jak smoła Priorat byłyby niezłym wyborem. Byłyby. Do wcześniejszego kina Hiszpana. „Julieta”, to jednak co innego. To mocno refleksyjna opowieść o kilkunastu latach z życia bohaterek. Naszkicowany na osi czasu portret ludzkich wyborów, słabości i pogoni za nieuchwytnym szczęściem. Mnie takie kino skłania do zadumy nad kieliszkiem. Znalazłem do tego idealnego kompana czyli wino, które jest też dla mnie uosobieniem cech Almódóvara – długowieczności i oryginalności. Autochtoniczny, pradawny biały szczep z Piemontu – Timorasso. Autochtoniczny i bardzo długowieczny. Kiedyś już praktycznie wyginął, ale od około dwudziestu lat przywraca się go w Piemoncie do łask.

cascina_i_carpini_timorasso

Producent dzisiejszego wina Cascina I Carpini, to winiarnia nieszablonowa. Kolekcja tutejszych butelek pod nazwą „Vini d’arte” powstaje  w apelacji Colli Tortonesi i jest selekcją win naturalnych wykonanych z poszanowaniem tradycyjnych metod wytwarzania i respektowania zarówno wytworów natury, jak i cyklów życia przyrody. Winnica leży w bliskiej (około 60 km) odległości od morza, ale za wysoki stopień mineralności tutejszych win odpowiada oczywiście gleba. A ta to skamieliny, wapienie oraz wody termalne. Tak! Dobrze czytacie. Wody położone są 15 m pod ziemią. Nie ma się, więc co dziwić, że przy takich warunkach powstają cuda, jak to poniższe Timorasso. Dodajmy do tego jeszcze spontaniczną fermentację i ekologiczne metody upraw i… już macie odpowiedź dlaczego poniżej się tak zachwycam.

Cascina I Carpini Colli Tortonesi Timorasso 2012 (Moja Italia, 59 zł) w kolorze przypomina kompot z suszek i trudno się dziwić – mamy tu przecież czteroletnie białe wino. W nosie wyraźne nuty suszonych białych kwiatów, krzemienia, nieco morskiej soli, a także oznaki lekkiego ewoluowania. W smaku cytrusowa kwasowość, sporo miękkiej taniny i lekko słony finisz. Bogate, wielowymiarowe i długie wino. Z każdą godziną po otwarciu przynosi kolejne, niezapomniane emocje. Piękna robota. A co najlepsze butelka ta swobodnie może poleżeć jeszcze przynajmniej z 10 lat. ***** (5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino – zakup własny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s