OSTATNIA RODZINA. Tu leżą Beksińscy

ostatnia_rodzina_1

„Ostatnia rodzina” ma w sobie to, co rzadko zdarza się w kinie. Niewymuszony, trudny do wytłumaczenia magnetyzm, który sprawia, że nie chcę opuszczać sali na napisach końcowych.

Biografia. Temat trudny, szczególnie w przypadku, gdy mamy do czynienia z opowieścią o tak znanej, niesztampowej rodzinie jak rodzina Beksińskich. Zdzisław – rysownik, grafik artysta, znany ze swoich niezwykle mrocznych, naznaczonych fatum ostateczności – obrazów. Tomasz – tłumacz wielu popularnych filmów i seriali (klasyczne Bondy, „Latający cyrk Monty Pythona”), wielki fan muzyki, ekscentryczny dziennikarz radiowy. Jan P. Matuszyński postanowił zmierzyć się z pasjonującym wyzwaniem opowiedzenia o tej niezwykłej rodzinie, której losy naznaczyło przekleństwo. Zmierzył się z powodzeniem, przyznaję.

ostatnia_rodzina_2

Reżyser wciąga nas w świat Beksińskich w momencie, kiedy w latach 70. wyprowadzają się z Sanoka do Warszawy (ach te szare, spowite w śnieżycy, postawione na bagnach blokowiska!). Zdzisław (Andrzej Seweryn) wraz z żoną Zofią (Aleksandra Konieczna) zamieszkują w M5 na warszawskim Służewie. Mieszkanie dzielą z matką Zdzisława (obłożnie chorą) i matką Zofii. Tomek (Dawid Ogrodnik) zamieszkuje samotnie w bloku nieopodal rodziców. I choćby przez tę osiedlową bliskość ich losy często się stykają, a charaktery mają szansę się ścierać.

Kręgosłupem, który trzyma film w pozycji wertykalnej jest konfrontacja dwóch silnych i tak różniących się od siebie indywidualności – ojca i syna. Zamierzony kontrast pomiędzy opanowanym Zdzisławem, a ekspresyjnym, niespokojnym Tomkiem, sprawia, że na ekranie buzuje od emocji, a sceny rodzinnych spotkań, czy awantur ogląda się w ogromnym napięciu, w oczekiwaniu na mniej lub bardziej kontrolowany wybuch.

Im dłużej trwa film, tym mocniej przeczuwamy, że charakteryzujące się wisielczym humorem i słuszną dawką kuriozalności, sceny portretowe rodziny we wnętrzach, zmierzają tak naprawdę ku śmierci. Naznaczone są fatum, które od zawsze wisiało nad tą rodziną. Gdyby pozbawić film wszelkich wątków pobocznych i przyjrzeć się, co dokładnie oglądamy na ekranie – czarno na białym pozostanie nam seria zgonów w rodzinie Beksińskich. Okrutny pochód kostuchy – w odróżnieniu od obrazów Beksińskiego – wybrzmiewający tu bez puenty. Mrok tej rozpisanej na kilka dekad historii (reżyser przeskakuje, co chwilę o kilka lat) dodatkowo pogłębia wątek, zakończonych „sukcesem”, skłonności samobójczych Tomka. Na to nakładają się jeszcze tragiczne (morderstwo) okoliczności śmierci ojca. Piszę to bez obaw, że wyjawiam Wam sekret – historię Beksińskich pewnie dobrze znacie.

ostatnia_rodzina_3

To, co szokuje w trakcie seansu „Ostatniej rodziny”, to uderzające w punkt, bolesne chwile życiowej prawdy. Momenty, w których widać, że scenarzysta odrobił zadanie domowe na piątkę, robiąc świetny research pośród najbliższych rodziny. Szokuje szczególnie jedna scena rozmowy Tomka z matką, której od pewnego momentu przysłuchuje się (i nagrywa z ukrycia) ojciec. Tomek, w swoim stylu, w zawodzącym, dramatycznym uniesieniu, opowiada matce, że nie potrafi się już cieszyć z życia, że ciężar, który nosił przez lata na plecach i z którym próbował sobie wiele razy poradzić – właśnie go przygniótł, a on już nie ma siły wstawać. Scena ta to niezwykle rzeczowa rozmowa na argumenty. Rozmowa o braku idealnych życiowych scenariuszy, o sposobach radzenia sobie z szarością życia, o rozczarowaniach, których możemy doświadczyć na naszej drodze. Matka próbuje spokojnie, metodycznie wytłumaczyć synowi, że tak naprawdę nie za wiele robi, żeby czuć się bardziej szczęśliwym i spełnionym życiowo. Tomek – pomimo, że w stanie uniesienia – równie rzeczowo zbija jej argumenty. Siła rażenia tej sceny jeszcze długo pozostaje po seansie.

Prowokowanym przez przyjaciół Tomasza Beksińskiego, pytaniem, które powraca jak bumerang i obok, którego trudno przejść obojętnie, jest dylemat: czy ten znany, charyzmatyczny dziennikarz został tu przedstawiony w prawdziwy sposób? Jego lekko autystyczna ekspresja (w nieco karykaturalnej, prześmiewczej interpretacji Dawida Ogrodnika), neurotyzm, dramatyczne problemy emocjonalne, szczególnie w sytuacjach zbliżeń z kobietami, ale przede wszystkim w relacjach z najbliższymi – matką i ojcem. Jego potężny egocentryzm, nieznośnie egoistyczne usposobienie i gruntowne problemy z przystosowaniem się do rzeczywistości… To wszystko każe myśleć, że mamy do czynienia z niezwykle wrażliwym artystycznie młodym człowiekiem, którego przekleństwem był jednak arcykoszmarny charakter. Czy będący gehenną dla najbliższych, wyzywający matkę, rzucający przedmiotami furiat o sadomasochistycznych preferencjach seksualnych, to prawdziwy obraz Tomka? Z oczywistych względów nie czuję się na siłach, żeby ocenić to faktograficznie. Z całą pewnością mogę jednak przyznać jedno. Tak, jak sugestywnie Beksińscy zostali przedstawieni na ekranie, tak nikt od dawna nie był przedstawiony w polskim kinie.

Piękny koncert gry aktorskiej dają tu pierwszoplanowi odtwórcy ról. Mnie szczególnie spodobał się Andrzej Seweryn. Jego mistrzowski Beksiński wygrywany jest tak subtelnie i niezauważalnie, że zapominamy o tym, że gra go aktor. Niezwykłe przeżycie. Równie zachwycająca – rozkosznie ciepła, wyrozumiała – jest Zofia w interpretacji Aleksandry Koniecznej. Lekkie rozczarowanie wiążę natomiast z Dawidem Ogrodnikiem. Czytałem, że aktor długo przygotowywał się do roli, szczególnie do charakterystycznego sposobu mówienia bohatera. Jak już wspomniałem wcześniej, Ogrodnik klucz do postaci odnalazł w lekko prześmiewczej interpretacji. Jego młody Tomek prycha, miota się, szamocze, niemal ślini, niczym upośledzone dziecko. Ta karykaturalna nuta ulega stępieniu w scenach bardziej współczesnych, co tej roli wychodzi tylko na dobre.

Czy zatem „Ostatnia rodzina” to film o umieraniu? Hmm, chyba jednak nie do końca. Jak dla mnie to niezwykle poruszający, mroczny, sarkastyczny podręcznik życia rodzinnego. Zbiór mniej lub bardziej kuriozalnych drogowskazów – jak należy i jak nie należy współżyć ze sobą. Przypomnienie starej, znanej prawdy, że rodzina to grupa bliskich sobie ludzi, którzy tak, jak łatwo mogą się kochać, tak równie łatwo mogą się nienawidzić. A, że to podstawowa komórka społeczna tak pokręcona i chyba jednak mało reprezentatywna dla społeczeństwa? Cóż, gdyby żyli, z pewnością zareagowaliby na tę uwagę słowami Zdzisława Beksińskiego, proponującego żonie napis na zbiorową rodzinną mogiłę: Tu leżą Beksińscy. Pocałujcie ich wszystkich w dupę. ***** (5/6)

OSTATNIA RODZINA reż. Jan P. Matuszyński. Polska. 2016.

A jakie wino do filmu? Pokażcie mi, choć jedną osobę, która myśląc o tej rodzinie, a szczególnie o mrocznych obrazach Beksińskiego i mrocznej duszy jego syna – wskazałaby na coś innego, niż krwistą czerwień. I ja się z tego nie wyłamię. Do „Ostatniej rodziny” polecam pełnokrwistą czerwień z Langwedocji.

chateau_de_lascaux_rouge

Château de Lascaux Languedoc Garrigue Rouge 2014, jako mieszanka Syrah, Grenache i Mourvedre, ma charakterystyczny jeżynowo-czarno-pieprzowy nos. W bukiecie odnajdziemy też sporo typowych ziołowych nut śródziemnomorskiej makii. Usta o świetnej strukturze, skoncentrowane, z wyraźną kwasowością, ale przy tym też mocnym owocem w technicolorze, z nutą ziemistej proweniencji. Wyczuwalne krągłe taniny, umiejętnie złamane ożywczym, soczystym owocem. Przyjemna ekspresja, masa owocowego czaru prosto z kiści. Wino kupicie w warszawskim sklepie 13win na Grochowie (43,73 zł). Uwaga, niedługo otwierają drugą lokalizację na Saskiej Kępie. ***** (4.5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino – zakup własny.

Reklamy

5 comments

  1. Obejrzenie „Ostatniej rodziny” nadal odkładam, piszę krótko tylko w kwestii Twoich wątpliwości do do autentyzmu postaci Tomasza w filmie. Nie interesuję się oboma Beksińskimi od szumu wokół filmu, np.: audycji radiowych Tomka słuchałem często w latach 90. Film powinien być pewną kreacją, ale zapewne nie przedstawia w pełni Tomasza. Czytam jego biografię napisaną przez Wiesława Weissa, który bardzo ostro odnosi się do roli Tomka w filmie – wręcz jako kłamstwo, wypaczenie i mocne przejaskrawienie. Weiss i Beksiński jako fani rocka znali się dobrze 20 lat, a książka obnaża różne filmowe mity. Co dla mnie nie deprecjonuje wartości filmu, który zapewne mnie też poruszy…

    • To ciekawe. Sam czytywałem felietony Tomka w „Tylko rocku” i nie wątpię, że Weiss bardzo dobrze go znał. Moje wątpliwości budzą jednak – słuszne skądinąd głosy – że Weiss, czy inni „koledzy z pracy” widywali Tomka głównie w sytuacjach zawodowych, gdzie z definicji mógł się zachowywać inaczej, niż w domu, przybierać maskę. Może jego druga natura wychodziła tylko w zderzeniu z najbliższymi? Niejednoznaczna, nurtująca kwestia.

      • Książka Weissa to nie opowieść kolegi z pracy o znajomości z Beksińskim. Weiss napisał epopeję na 700 stron, dotarł do większości osób bliskich Tomka za jego życia. Oczywiście znał go z różnych stron, nie tylko jako delikatnego romantyka rocka. Chodzi o to, że w filmie powielono (wg Weissa, ja jeszcze nie oglądałem) jednostronny obraz Tomka jako nieznośnego egoistycznego neurotyka (pewnie potwierdzisz). Ekipa filmowa znała go tak jak niejaka Grzebałkowska od książki „Beksińscy”. I Weiss, i Banach (opiekun Muzeum Sanockiego), i Dmochowski nie zgadzają się z filmowym wizerunkiem Tomka. Im wierzę bardziej niż młodemu aktorowi filmowemu. Ale nie chcę deprecjonować filmu z tego powodu ani odbierać mu wartości artystycznych. To jest wydarzenie. Niebawem pójdę do kina.

  2. Robert, przyznaję – Tomek pokazany został jako samolubny neurotyk i generalnie mocno nieprzyjemna persona. Jeśli jest faktycznie tak, jak pisze Weiss (i twierdzą Dmochowski oraz Banach), to Beksińskiemu wyrządzono (scenarzysta, mniej aktor) sporo krzywdę. Sam z chęcią to sprawdzę – mam już obiecaną książkę 😉 Na koniec dnia nie możemy jednak zapominać o jednym. To nie dokument, a film fabularny, w którym z definicji (pomimo, że to biografia) jest dużo więcej miejsca na swobodną interpretację rzeczywistości. Czy nam się to podoba, czy nie. Stąd tak nie-rzadkie kontrowersje przy biografiach znanych osób.

    • Film już obejrzałem, książkę Weissa prawie przeczytałem. Od fabuły jest reżyser, ja niczego nie zmienię, trzeba więc zaakceptować. Percepcji postrzegania Tomka ten film mi nie zmieni, choć chciałem mniej skupiać się na analizie porównawczej z kreacją Ogrodnika. Opisałem na blogu winny.com.pl.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s