PATERSON. Między wierszami

paterson_1Jeśli sprawia Wam trudność odnalezienie szczęścia w drobnostkach i prostych przyjemnościach codzienności – „Paterson” wydatnie Wam w tym pomoże.

Paterson (Adam Driver) jest kierowcą autobusu w małym amerykańskim miasteczku o tej samej nazwie. Mieszka z żoną Laurą (Golshifteh Farahani) i psem w skromnym domku na przedmieściach. Jego życie płynie w wolnym, żółwim tempie, na powtarzających się, co dzień czynnościach. Wstaje rano, bierze pudełko z drugim śniadaniem, idzie pieszo do pracy, wieczorem wyprowadza psa, buldoga angielskiego i spotyka się w tym samym pubie z garstką znajomych, którzy tak jak on – sprawiają wrażenia jakby tam zamieszkali. A znajomych ma nietuzinkowych. To wręcz galeria ekscentryków. Jest i wiecznie zrywająca ze sobą czarnoskóra para, w której mężczyzna jest mistrzem dramatycznych miłosnych monologów, a przy okazji to aktor (co sugeruje, że jego teatralne lamenty może nie są tylko osobistą miłosną tragedią). Jest jego obecna (była?) partnerka, swego rodzaju ikona kobiecej niezależności, typ kobiecego kumpla od kielicha. Jest stary czarnoskóry barman, kolekcjonujący oldskulowe fotografie na ścianie baru, flirtujący z samotnymi klientkami. W pracy bohater ma swojego zmiennika – wiecznie narzekającego na troski codzienności Hindusa. A pośród nich jest w końcu Paterson – facet, który w tym spokojnym rytmie życia, wyznaczanym powtarzalnymi punktami dnia, odnajduje swoje małe szczęście i spełnienie. Spełnienie na miarę swoich potrzeb.

paterson_2

Film Jima Jarmuscha to liryczna opowieść (wiem, brzmi to banalnie) o wyciąganiu poezji życia z prozy codzienności. Opowieść o umiejętności cieszenia się nawet z najmniejszych rzeczy. Cieszenia się chwilą, drugą osobą, słońcem zachodzącym inaczej, niż wczoraj i przedwczoraj. Z odnajdywania szczęścia w czasie, który mamy dla siebie. Paterson i Laura tworzą niezwykle sympatyczną parę, stworzoną na przeciwnościach (on spokojny, ona rozchwiana), która niemal codziennie – za sprawą nieco podstrzelonej Laury – snuje nowe, coraz bardziej szalone plany na przyszłość. Parę, która ma odwagę marzyć.

Główny bohater, codziennie, w przerwach pomiędzy kursami autobusów odnajduje chwile ukojenia w pisaniu wierszy. Dzięki zastosowanej animacji, na ekranie pojawiają się one wraz z recytowaną przez niego treścią. Wiersze są bezrymowe, nader osobiste i opowiadają o drobiazgach codzienności, ale jest tam i miejsce na refleksje bardziej ogólne. Szkopuł w tym, że Paterson zapisując te swoje wiersze w notatniku, pisze je do szuflady.

paterson_3

Laura z kolei ma smykałkę do prac plastycznych z mocnym wykorzystaniem czarno-białych wzorów. Przyozdabia nimi dosłownie wszystko. Od zasłon w pokoju i pod prysznicem, przez fikuśną, „malowaną na sobie” sukienkę, po te same wzorki przeniesione na ciasteczka, które produkuje wręcz w nałogowych ilościach. Niech znajdzie się jednak pośród Was, choć jeden, który nie stwierdzi, że te jej próby artystyczne nie są lekko… No właśnie, jakie? Kiczowate, przejaskrawione? Faktem jest natomiast, że oboje spełniają się artystycznie i przy każdej nadarzającej się okazji dopingują za wszelką cenę przekonując drugą połówkę, że są niezwykle utalentowanym poetą/ artystką i, że oboje powinni coś z tymi talentami zrobić. Jarmusch tą uroczo bezpretensjonalną i prostą historią stawia – trochę mimochodem – pytania o istotę sztuki. Jak ją definiujemy? Co jest prawdziwym jej dziełem, a co tylko grafomanią czy graficznym bohomazem? Czy wystarczy samoświadomość artystyczna, żeby być prawdziwym artystą? Pytania te, dalekie od banalnych odpowiedzi, znajdują trop, który przynosi nam jedna wspaniała scena w filmie.

Paterson, wracając (jak co dzień) powolnym spacerem z pracy, spotyka samotnie czekającą przed jakimś magazynem dziewczynkę. Ta, jak się szybko okazuje, też pisze wiersze. Bohater prosi ją o przeczytanie jednego z nich, po czym razem z nim zasłuchani zastygamy w zadumie, gdyż prosty styl języka w połączeniu z błyskotliwą metaforą sprawiają, że mamy okazję wysłuchać kawał porządnej liryki. Nagle okazuje się (co wyraźnie rysuje się też na obliczu bohatera), że dziecko ma zmysł obserwacji, wrażliwość i język dużo bardziej błyskotliwy, niż nasz tytułowy poeta. Ten moment autorefleksji (a może kubeł zimnej wody na głowę?) jest znamiennym punktem filmu.

paterson_4

Gdyby slow food i slow wines miały swój odpowiednik w kinie, to bezsprzecznie byłyby to – toczące się własnym, nieśpiesznym tempem – filmy Jima Jarmuscha. Seans „Patersona” w pełnej krasie prezentuje kwintesencję jego stylu. Jest i wolne, toczące się swoim rytmem, tempo narracji. Film obsadzony jest też galerią jarmuschowskich dziwaków spośród, których wybija się autoironiczny epizod z Method Manem. Znany raper gra początkującego MC, który ćwiczy swój tekst w obliczu pustej widowni w pralni chemicznej. Prawdziwa filmowa perełka.

Niemal każda nowa postać, umieszczona na jarmuschowskiej mapie wnosi jakiś smaczek, nutę uśmiechu na twarzy i do czegoś koniec końców służy. Spokojny, snujący się styl opowiadania urozmaicony jest tu szczyptą slapsticku, dzięki której nawet w najbardziej wydumanym dramacie bohatera odnajdujemy sporą dawkę humoru. Mamy tu też specyficzną dla Amerykanina tęsknotę za starym światem, który już odszedł. Stąd podkreślana kilkukrotnie oldskulowość Patersona, który z wyboru nie używa telefonu komórkowego i wydaje się tęsknić za kontaktami ludzkimi w starym wydaniu – nieśpiesznymi, skupionymi, nastawionymi na słuchanie drugiej osoby, a nie ekspresową wymianę informacji w rytmie karabinu maszynowego.

W mojej ocenie absolutną gwiazdą nowego filmu Jarmuscha, która pewnie nie dostanie żadnej nagrody aktorskiej jest… pies grający pupila Patersona. To dodatkowy narrator, który swoim prychaniem, minami i złośliwymi gestami komentuje wydarzenia na ekranie. Realną szansę na laury ma natomiast – kreujący tu rolę życia – Adam Driver. Mało znany aktor, który ogrywał dotąd drugie plany, jest odpowiednio skupiony, powściągliwy i oszczędny. Świetny występ.

Sympatyczny, prostolinijny, opowiadający czule o niezwykłości codziennych spraw i gestów, film Jarmuscha kończy się jak rozpisana na role medytacja (uwaga, spoiler). W scenie o wyraźnym filozoficznym zacięciu, nad rzeką, siedzi na ławce, wpatrujący się przed siebie główny bohater. Dopiero, co – w wyniku nieszczęśliwego wypadku -stracił swój notatnik z wierszami. W pewnym momencie podchodzi do niego turysta z Japonii, kompletnie niewyglądający jak stereotypowy turysta z Japonii. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że nieznajomy przyjechał do tej małej mieścinki w New Jersey w poszukiwaniu śladów jednego ze swoich ulubionych poetów. Sam jest poetą, kiedy więc widzi strapioną minę Patersona, w geście sympatii i kulturowego porozumienia podarowuje mu nowy notatnik. – Czasem pusta strona daje największą możliwość – mówi. Bo szczęście kryje się między wierszami – chciałoby się dodać. Bo szczęście kryje się między wierszami. ***** (4.5/6)

PATERSON reż. Jim Jarmusch. Francja, Niemcy, USA. 2016.

Zawiodę tych wszystkich, którzy do slow filmu spodziewali się jakiegoś slow wina. Moje myśli popłynęły w zupełnie inną stronę. A gdyby tak poszukiwanie radości codziennego życia wspierać takimi bąbelkami, jak poniżej? A gdyby tak każdy dzień w rozpoczętym roku zaczynać od kieliszka szampana? Warto marzyć. Marzmy, więc.

champagne_deutz_brut_classicW marzeniach i seansie „Patersona” pomoże nam szampan z historycznego domu szampańskiego Deutz. Historia posiadłości sięga 1835 r. Wtedy to młody William Deutz został wysłany przez swą rodzinę z Akwizgranu do Szampanii, by nabyć wina dla rodzinnej firmy handlowej. Kilka lat później, doświadczony pracą u Bollingera, ze zdobytym doświadczeniem winemakera, założył własny dom szampański, z siedzibą w Aÿ. Firma (z pewnymi problemami) rozwijała się przez kolejnych 150 lat. Dziś wszystkie udziały należą do innego słynnego domu Louis Roederer. Deutz kontroluje 42 hektary winnic, z czego 80 procent jest klasy grand i premier cru. W piwnicach nie ma dębu, a wszystkie wina przechodzą pełną fermentację malolaktyczną.

Polecany Deutz Brut Classic (Mielżyński, 183 zł) to nierocznikowa mieszanka (w równych proporcjach) Pinot Noir, Chardonnay i Pinot Meunier. Po nalaniu do kieliszka widoczna i wyczuwalna gruba perlistość. Szampan pachnie żółtymi jabłuszkami, brioszką i szczyptą masła. W smaku kremowa, maślana wręcz faktura, piękna cytrusowa kwasowość i rozkoszny posmak ciepłej chałki z kruszonką. Cóż więcej dodać – pyszności! ***** (5/6)

Fotosy z filmu – materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od importera.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s