LA LA LAND. Kraina marzycieli

la_la_land_1

Zaproszeniem do świata, w którym dzięki ciężkiej pracy spełniają się marzenia, Damien Chazelle spełnia pragnienie każdego z nas. Pragnienie świata, w którym warto marzyć.

U twórcy „Whiplash” tradycyjna droga, którą musi przemierzyć marzenie – od impulsu do spełnienia – jest nad wyraz kręta i usłana przeciwnościami losu. Ale przecież tym większa satysfakcja z ostatecznego sukcesu, tym cenniejsza lekcja życia.

Oszałamiający formą i temperamentem musical „La La Land” kryje kilka filmów w filmie. A trzymając się terminologii muzycznej – kilka gatunków muzycznych w jednym utworze. To przede wszystkim: nostalgiczny hołd złożony złotej erze hollywoodzkich musicali lat 50. i 60., słodko-gorzka opowieść o dwójce zakochanych – trochę wbrew sobie – romantycznych marzycieli, gorzko-ironiczny komentarz do zasad rządzących w Hollywood, no i wątek, który wydaje mi się pośród tych najciekawszy – historia o umiejętności pogodzenia się z tym, co nieodwracalne.

la_la_land_2

Jak Hitchcock, Chazelle rozpoczyna od musicalowego trzęsienia ziemi. Sekwencja początkowa nakręcona jest z pompą i rozmachem godnym najlepszym filmów gatunku. Potem jest równie dynamicznie. Wszystkie sekwencje tańca i śpiewu porywają energią i są odpowiednio dosmaczone. Zapewniam, że Wy wszyscy odzwyczajeni od musicalowej konwencji (jak piszący te słowa) szybko przestawicie się na odpowiednie tory i wejdziecie w ten umowny świat. Fajnie i z tańcem, i śpiewem radzą sobie odtwórcy głównych ról – Emma Stone i Ryan Gosling. Jest w ich współpracy nienamacalna nić porozumienia, sceniczna chemia, sprawiające, że ogląda się ich fikołki wybornie. Oddzielnym bohaterem (co zrozumiałe) jest tu ścieżka dźwiękowa. Muzyka musicalowa, która z definicji musi być, choć trochę pompatyczna tutaj olśniewa i porusza ten wewnętrzny nerw odpowiedzialny pewnie za głębokie wzruszenia (u mnie tak było). Już teraz wróżę ścieżce Justina Hurwitza miejsce wśród najlepszych soundtracków 2017 roku.

la_la_land_3

Musicalu – wiadomo – nie było by bez emocji i miłości. Tutaj dostarcza nam ich historia romansu dwójki młodych marzycieli, których Los Angeles zwabiło swoim blichtrem, ale przede wszystkim obietnicą spełniających się marzeń. Historia to współczesna, lecz duchem tkwiąca w przeszłości. Mia (Emma Stone) jest popołudniami początkującą aktorką, a kelnerką za dnia, chodzącą (bez powodzenia) na niekończące się przesłuchania. Sebastian (Ryan Gosling) to pianista jazzowy – klasyczny przykład talentu, któremu czegoś brakuje, żeby się przebić do gry w klasowym zespole, co w konsekwencji sprawia, że przygrywa do kotleta w restauracji. Spotykają się w chwili, w której oboje są na rozstaju dróg pomiędzy marzeniem i ogromnym zaangażowaniem zainwestowanym w jego powodzenie, a majaczącym na horyzoncie nieuniknionym zniechęceniem. Spotykają się jak para marzycieli, których połączy pragnienie ich wspólnej realizacji. Świeże i oczyszczające – w tym melodramatycznym wątku skazanym z góry na przesadną ckliwość i romantyzm – jest puszczenie oka do widza w postaci ironicznego humoru i stworzeniu duetu na zasadzie, „kto się czubi ten się lubi”. To jak na początku Gosling ze Stone słodko sobie dokuczają, jak się przekomarzają – wprowadza powiew życia do tej gatunkowej kliszy melodramatycznej bajki.

la_la_land_4

Gorzko-ironicznie rozprawia się Chazelle z Miastem Aniołów i z samym Hollywood. Droga Mii przez niekończący się ciąg przesłuchań, w którym dostaje szansę na powiedzenie kilkunastosekundowej kwestii, a o wygraniu castingu decyduje jakiś drobiazg, odcień skóry, czy gest – pokazuje, jaką gehennę i ciąg upokorzeń muszą przejść wszyscy, którzy marzą o zostaniu gwiazdą w Fabryce Snów. A i tak większość z nich nigdy tego nie osiągnie. Droga Sebastiana, który idealistycznie chce uratować cały oldschoolowy jazz (który według niego podupadł w LA) przed zapomnieniem, tworząc klub, w którym będzie się grało muzykę z szacunkiem dla klasyków gatunku – jest, jak nadmieniłem, donkiszoterią w świecie przeżartym przez komercję i schlebianie najniższym gustom. Ale to nieważne, ale to nic – to przecież ich marzenia. Wielkość „La La Land” polega między innymi na tym, że pomimo, iż reżyser dba o przedstawienie pełnego tła i wszelkich ograniczeń bohaterów – siła ich przekazu i siła ich determinacji każe nam wierzyć, że im się uda.

„La La Land”, przewrotnie, mimo, że gatunkowo to ziszczenie snów Fabryki Snów – nie jest bajką z jednoznacznym happy endem. A przynajmniej nie takim happy endem, jakiego pragnęliśmy. W kontrze do żywiołowo-radosnych dęciaków i orkiestry grającej soundtrack życia oraz kolorowych piruetów wykręcanych na parkiecie – film Chazelle’a staje się opowieścią o dojrzałości emocjonalnej. Gorzką pigułką, którą przełykamy, kiedy musimy się pogodzić z czymś nieodwracalnym. Na przykład utratą ukochanego. Błyskotliwa, zakręcona jak jeden z tańców Mii i Sebastiana, sekwencja finałowa – mruga okiem do widza przyzwyczajonego do łatwych, bajkowych zakończeń. Scena w knajpie porusza tę kruchą melancholijną strunę wrażliwości, po której wybrzmieniu solo grane na pianinie przez Sebastiana już nigdy nie będzie równie sentymentalne.

Jest, więc „La La Land” czarującą wizualną perełką dla wrażliwców. Gratką dla audiofilów i fanów tanecznej choreografii. Spektaklem dla wielbicieli talentu Emmy Stone i Ryana Goslinga. Symfonią emocji dla niepoprawnych (i poprawnych) marzycieli. Ale przede wszystkim spełnionym marzeniem i dowodem w sprawie. Dacie wiarę? ***** (5/6)

LA LA LAND reż. Damien Chazelle. USA. 2016.

Musicalowa lekkość i zwiewność, oszałamiająca, unosząca w chmury ścieżka dźwiękowa, klimat rozmarzenia… To wszystko aż prosi się o równie lekki, niezobowiązujący dodatek. Idealnym kompanem do „La La Land” będzie włoska musująca słodycz, czyli muszkat z Piemontu w jednym ze swoich najdoskonalszych wydań.

paolo_saracco_moscato_dasti

Jasno-słomkowe Paolo Saracco Moscato d’Asti 2015 (Mielżyński, 54 zł) wita się z nami drobną perlistością. Lśniący jak łza kwiatowo-gruszkowy nos wsparty jest nutą miodową i nieodłącznym, typowym zapachem czystego winogrona. Ładna przewiewna struktura wypełniona została ciepłym, słodkim owocem, delikatnie szczypiącymi bąbelkami i radośnie niską kwasowością. Słodkie i rozkoszne bąble, które przenoszą do umajonych kwieciem piemonckich łąk. ***** (4.5/6)

Fotosy z filmu – materiały promocyjne dystrybutora.
Wino – zakup własny autora.

Reklamy

4 comments

  1. Ja mam mieszane uczucia. To ładny film ( zwłaszcza jeśli chodzi o stroje i scenografie), ale nie oszołomił mnie. Zabrakło mi tej iskierki co sprawia, że chciałoby się go ponownie obejrzeć. Rozpoczął się to prawda z przytupem i dynamiką, ale później wahała się ona niczym sinusoida. Ona początkująca aktorka i baristka (nie kelnerka jak napisałeś, to spora różnica), on pianista drugiej klasy grający do kotleta. Oboje marzą o karierze. Na początku związek ich nawzajem motywuje, jednak na dłuższą metę nie ma szans na przetrwanie. Zarówno ona jak i on są artystycznymi duszami, które potrzebują osób które zgodzą się być w cieniu ich blasku. Po rozstaniu ani jedno ani drugie specjalnie nie cierpi z tego powodu. Oboje spełniają swoje marzenia, których będąc razem niekoniecznie dali by radę osiągnąć. Bo jedno by musiało zrezygnować i nie byłoby do końca szczęśliwe. Zwyczajnie by się nawzajem pozabijali.
    I Emma Stone i Ryan Gosling wyglądali razem ładnie jako para na ekranie, widać że dobrze czuli się w swoim towarzystwie, lecz ich talent wokalny jest słabiutki. Zupełnie nie rozumiem zachwytów, tych wszystkich ochów i achów.
    Lubię jazz i muzyka była przyjemna, ale żaden z utworów nie wpada w ucho na tyle, aby sprawić że chce się go natychmiast dodać do swojej listy na Spotify (tak jak np. ma się w przypadku filmu „Zacznijmy od nowa” z Keirą Knightly i Adamem Levine, gdzie cała ścieżka jest fantastyczna).
    Nie podobała mi się też nachalność product placementu jednego z największych koncernów samochodowych. No błagam, początkującej aktorki nie stać na tak luksusowy samochód. Nawet jeśli rodzice jej kupili to utrzymanie jest kosztowne.
    Podsumowując film dla mnie bardzo przeciętny i zbyt mocno przereklamowany.

    • Dziękuję za komentarz. Jak cudownie, że film to jedna z tych dziedzin, w której można się tak słodko nie zgadzać. Moja ocena jw. jest w tym przypadku niezachwiana. Co do kilku uwag, mam kilka uwag 😉
      1. Tak, napisałem kelnerka (nie baristka) zamierzenie, żeby podkreślić, że zawód, który w tamtym czasie wykonuje Mia jest poniżej jej aspiracji. Umówmy się, jaka różnica, czy dziewczyna podaje kawę czy talerz z makaronem? I to, i to ją frustruje, i nie pozwala w pełni oddać się aktorstwu.
      2. Nachalność product placementu… Naprawdę??? Po pierwsze, jako mega wścibskiemu widzowi kompletnie mi to nie przeszkadzało – ba! – było niezauważalne. Ale to tylko dowód na to, że dałem się tej opowieści i metodzie, jakiej została zrealizowana – porwać. I nie zwracałem uwagi na takie detale. Bo o to w gruncie rzeczy chodzi w dobrze zrobionym kinie gatunkowym. Żeby dać się ponieść emocjom i często umownej konwencji. W tym kontekście zarzut o realizm filmu (przesadnie drogi samochód vs. status materialny Mii), który jest musicalową bajką (z elementami real life) – jest trochę zbyt wydumany 😉
      3. Dzięki za polecenie soundtracka z „Begin Again” – sprawdzę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s