MANCHESTER BY THE SEA. Zwyczajnie niezwyczajnie

manchester_by_the_sea_1

Znane powiedzenie mówi: najlepsza sztuka rodzi się z cierpienia. Jeśli to prawda, to „Manchester by the Sea” legitymuje wszelkie tego przejawy.

Dobre kino „nie pojedzie” jednak na samym bólu. Potrzeba dodatkowego paliwa. Do pełni szczęścia wystarczy spełnić jeszcze przynajmniej dwa warunki: opowiedzieć świetną historię i doskonale ją zagrać. Pff… Proste. No i popatrzcie – Kenneth Lonergan, to wypisz wymaluj – szkolny prymus.

Lonergan jest w amerykańskim kinie przypadkiem odosobnionym. Znany ze scenariuszy do takich hitów, jak „Gangi Nowego Jorku” i „Depresja gangstera”, za kamerą staje niezwykle rzadko. Pomimo pięćdziesiątki na karku zrobił to dotychczas tylko trzy razy. Jednak jak już się na to decyduje – wymierza precyzyjny cios we wrażliwość widza. Tworzy kino poruszające do głębi, bez znieczulenia szarpiące emocje. Z obu poprzednich prób, zwłaszcza jego debiut reżyserski „Możesz na mnie liczyć” był emocjonalnym uderzeniem, po którym trudno było się podnieść. Kinem, które aktorsko i intelektualnie uniosło ciężki temat, naznaczonego tragiczną śmiercią rodziców, rodzeństwa.

manchester_by_the_sea_2

Trudno nie zauważyć podobieństw między obrazem z 2000 roku, a nowym dziełem Lonergana – „Manchester by the Sea”. W debiucie Mark Ruffalo wracał po latach do rodzinnego miasteczka, by naprawić swoje relacje z siostrą (Laura Linney) i nawiązać nową nić porozumienia z ośmioletnim siostrzeńcem. Tutaj, Lee Chandler (Casey Affleck) też wraca na stare śmieci do portowego Manchester, bynajmniej nie z wyboru, a z konieczności – jego brat umiera, zostawiając bez opieki nastoletniego syna Patricka (Lucas Hedges), z którym łączyła Lee w przeszłości zażyłość.

Niemal cała intryga filmu oparta jest na postaci Lee – tajemniczego przybysza „z zewnątrz”, samotnika niosącego w sobie mroczną tajemnicę, ranę, cierpienie, którego reżyser nie chce długo wyjawić. Dlaczego tak nagle przed laty wyjechał? Dlaczego opuścił rodzinne strony na rzecz samotnego życia w Bostonie? Efekt ciekawości i budowania napięcia wywołany jest dość prostymi zabiegami, takimi jak: plotkujący za plecami bohatera mieszkańcy miasteczka, wytykanie go znamiennym pytaniem w dyskusjach: Czy to ten Lee Chandler? Przeszłość oczywiście powraca, w retrospekcjach. I kiedy już cała kawa zostaje wyłożona na ławę, nie mamy pytań, znikają wszelkie wątpliwości. Oczywistym staje się wycofanie głównego bohatera, jego cierpiętniczy wizerunek, gburowatość, wewnętrzna złość, chłód i rezerwa, z jaką podchodzi do każdego napotkanego człowieka.

manchester_by_the_sea_3

Równie istotna, co tajemnicza tragedia sprzed lat, a może i bardziej kluczowa okazuje się nowa, trudna relacja wujek-bratanek, która nawiąże się między Lee, a Patrickiem. Trudna, bo niechciana. Skomplikowana, bo naznaczona różnicą pokoleń. Więź, która na starcie odbija się Lee czkawką, lecz zdeterminowana jest poczuciem odpowiedzialności, miłością do zmarłego brata. Ale czymś jeszcze. Świadomością, że błędy przeszłości, choć w części odkupić można poświęceniem się dla innych, nawet wbrew własnemu interesowi.

W filmach jak ten, główny ciężar spoczywa na barkach aktorów. Podobnie, jak w swoim debiucie, Lonergan zadanie castingowe odrobił tu na piątkę. Widziałem już kilka razy, młodszego z braci Afflecków w akcji. Nigdy nie wątpiłem, że ma większy talent aktorski, niż bardziej znana połówka rodzeństwa. Nie widziałem jednak dotąd tak dojrzałej, wysublimowanej i złożonej kreacji Caseya. Jest przekonująco cierpiący, zamknięty w sobie, a jednocześnie umiejętnie trzyma w ryzach tą pulsującą wewnątrz bestię, tą wewnętrzną złość. Wybitna kreacja, którą zapamiętacie na długo. Prawie ten sam poziom prezentuje młody Lucas Hedges, w trudnej emocjonalnie roli nastolatka. Mały niedosyt wiążę tylko z Michelle Williams, grającą rolę Randi – byłej żony głównego bohatera. I niedosyt ten nie wynika bynajmniej z jej gry, a tego, że jest jej po prostu na ekranie za mało. Gdybym mógł coś zmienić w scenariuszu, to stanowczo rozwinąłbym współczesny wątek Lee-Randi, który został tylko zaznaczony wzruszająca sceną w porcie.

„Manchester by the Sea” oglądałem, czując autentyczną wdzięczność dla Lonergana za reżyserską i scenariuszową powściągliwość. Ta zrozumiała i naturalna w filmie, wyciskająca łzy gatunkowa klisza melodramatu nie prowadzi tu tylko do prostych wzruszeń. Idzie o krok, albo i dwa dalej. Tylko spójrzcie. Wybrzmiewający bez popisowej puenty finał sączy się niczym dźwięki jakiegoś pogrzebowego utworu Nicka Cave’a. Nie ma fajerwerków. Kutry, jak wpływały, tak wpływają i wypływają z portu w Manchesterze. Życie Patricka, Randi i Lee płynie dalej. Tak zwyczajnie niezwyczajnie. ***** (5/6)

MANCHESTER BY THE SEA reż. Kenneth Lonergan. USA. 2016.

Kino wyrosłe w bólu, bardziej mroczne, niż rozświetlone słońcem dnia domaga się wina o podobnej tonacji. Takiego jednak, które przyniesie łatwe spełnienie i ukojenie. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie takie rzeczy, to tylko w hiszpańskim Prioracie.

coca_i_fito_samsara

Wino, które chcę Wam polecić, stworzono w ambitnej katalońskiej winiarni Coca i Fitó (inicjatywa dwóch braci – Miquela i Toniego), a dokładniej przy współudziale enolożki Evy Escudé i Trossos del Priorat. Coca i Fitó Samsara Priorat 2013 (El Catador, 79 zł) zwraca już uwagę piękną estetycznie, wykonaną ze smakiem etykietą. Jej autorem jest kataloński artysta – Oriol Malet. Na szczęście emocje nie kończą się wraz z wyglądem butelki.

Flaszka skrywa cztery szczepy: Garnachę (w przewadze), Carignan, Syrah i odrobinę Cabernet Sauvignon. Pierwszy niuch przynosi na myśl dojrzałe śliwki, jeżyny, uzupełnione masą czarnych, dojrzałych owoców oraz akcentem gorzkiej czekolady. Ładnie wtopiony, wysoki (14.5), typowy dla Prioratu alkohol. Narysowany grubą kreską, gęsty pełen ekstraktu owoc ujarzmia charakterną, choć już dojrzałą taninę. Lekka kwasowość tonuje mroczną, bogatą, balansująca na granicy marmolady, ale smakowitą, niemal tłuściutką ekspresję. Wielka satysfakcja. ***** (5/6)

Fotosy z filmu – materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od importera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s