POKOT. Nuty zwierzęce

Przywoływany w „Pokocie” William Blake napisał kiedyś: Błąkająca się sarna po lesie, ludzkiej duszy niepokój niesie. „Pokot” swoim realizmem magicznym, piękną utopią świata, gdzie sprawiedliwość i równowaga w przyrodzie mają rację bytu, niesie ten niepokój, aż zanadto.

Film Holland na podstawie powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, to obraz zgoła ekscentryczny. Spytacie – dlaczego ekscentryczny? Wyobraźcie sobie oto małą, oddaloną od cywilizacji miejscowość gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej, w której niemal każdy mieszkaniec to prawdziwy oryginał, odmieniec, budzący skojarzenia z galerią ekscentryków z lynchowskiego „Miasteczka Twin Peaks”. Poziom groteski podbijany przedziwnymi wydarzeniami i punktowany przez plejadę aktorów (którzy świetnie odnajdują się w konwencji małomiasteczkowych absurdów) – napędza fabułę Holland. Żal tylko, że czasami krztusi się ona jak zajeżdżany silnik w chwilach, gdy do gry wchodzi mentorski ton.

Niemal cały seans „Pokotu” zadręczałem się pytaniem – dokąd zmierza ten dziwaczny twór filmowy? Gdzie jest brzeg, gdzie granica tego belferskiego wykładu o równości świata zwierząt i świata ludzi? I tu nagle bam! Jak wynurzający się wilk z lasu, pojawia się znienacka odpowiedź. Mało odkrywcza, mocno osadzona w nurcie świadomości ekologicznej, a jednak pomimo niskiego prawdopodobieństwa, przejmująca i odświeżająca nasze zmęczone codziennym znojem lica. Powab „Pokotowej” tezy o wymierzaniu ludziom sprawiedliwości przez zwierzęta jest błyskotliwa literacko, atrakcyjna filmowo i wystarczająco groteskowa, by przytrzymać przed ekranem naszą uwagę. Mało tego, śmiem twierdzić, że to w dużej mierze ona „robi film”.

Główna bohaterka, Janina Duszejko (Agnieszka Mandat), w obliczu fali niewyjaśnionych morderstw w małej górskiej osadzie, postanawia sama rozpocząć śledztwo i wyjaśnić, kto zabija kolejnych mężczyzn, których łączy to, że wszyscy są myśliwymi. Przez cały film staramy się odpowiedzieć na pytanie – czy to możliwe, by to zwierzęta czyhały na życie swoich oprawców, czy może na odludziu grasuje jakiś tajemniczy seryjny morderca?

Sama Duszejko (zwróćcie tylko uwagę, jak ostentacyjnie każdy przekręca jej nazwisko na znamienne „Duszeńko”), to postać intrygująca, jak nie z tego świata. Starsza pani, była inżynierka, budująca kiedyś mosty w Syrii, teraz uczy angielskiego w sennej górskiej miejscowości. Mieszka na uboczu z dwoma psami, wykazując niespotykaną dla innych empatię dla zwierząt. Mało tego, „wypowiada wojnę” lokalnym myśliwym, którym z niezwykłą łatwością przychodzi przekraczanie granic prawa. Mają do tego zresztą niepisane przyzwolenie choćby lokalnej policji. Duszeńko, przepraszam, Duszejko, interesuje się ponadto astrologią i na podstawie dat urodzin potrafi przewidzieć kiedy i jak kto umrze. No wariatka! – pomyśli sobie wielu z was. Czy aby jednak na pewno?

Jeśli film ma za bohaterkę tak silną kobietę, aktywistkę zwierzęcą, to trudno się dziwić, że nawet formalnie podzielony został na pory roku według kalendarza myśliwskiego. Przy tak zarysowanej postaci nie dziwią też wręcz magiczne obrazy wszechobecnych zwierząt. Nie pamiętam już, kiedy w filmie fabularnym (a nie dokumencie czytanym przez Krystynę Czubównę) w sąsiedztwie ludzi na tak krótkim dystansie oglądałem tylu przedstawicieli leśnej fauny. Wilki, dziki, jelenie, lisy – one wszystkie, mimochodem stają się bohaterami „Pokotu”, świadkami zbrodni, aktywnymi uczestnikami filmowej dramaturgii,  odgrywającymi niebagatelną rolę w boskim planie zachowania równowagi w przyrodzie.

Konstelację mikroświata z kart powieści Tokarczuk uzupełniają między innymi tendencyjnie odrażające postaci lokalnych myśliwych, którzy wywodzą się z niemal każdej grupy zawodowej. Mamy tu, więc i policjanta, i księdza, i lokalnego, szemranego małego przedsiębiorcę. Do tej galerii dołączają: młoda zahukana przez szefa dziewczyna, haker policyjny z ambicjami literackimi, prokurator z kacem moralnym, jego ojciec – miejscowy dziwak i czeski badacz owadów… Czyli, co by nie mówić – prawdziwy, niemal lynchowski dream team. Jeśli do tego dołożymy jeszcze przywołany wątek zwierzęcego zakłócania miru społecznego, to doprawdy mamy do czynienia z mocno oryginalnym filmem, nie tylko jak na polskie kino. Co dobra literatura, to jednak dobra literatura.

Tu należy oddać szacunek Holland za to, że oprócz plejady mniej lub bardziej zgranych twarzy polskiego kina (świetny, zapomniany trochę przez kino Wiktor Zborowski) obsadziła w głównej roli mało znaną Agnieszkę Mandat. Ta odpłaciła się jej brawurową interpretacją jednej z ciekawszych postaci kobiecych w historii polskiej kinematografii.

Kino, nawet jeśli z pozoru naiwnie, powinno otwierać oczy na nowe i zmuszać do myślenia. I tak wielką zasługą „Pokotu” jest rzucenie światła na temat, o którym (pomimo, że nawet w miastach żyjemy z nimi za pan brat) nie myślimy na co dzień. Mowa o (postrzeganym z perspektywy moralnej) poczuciu odpowiedzialności za świat zwierząt. O racjonalnej symbiozie ze światem lasu, o utrzymaniu równowagi w ekosystemie i oddaniu naszym czworonożnym braciom należnej im sprawiedliwości. Racja, zgoda – wygląda to wszystko na mocno nadęte i naiwnie pięknoduchowskie. Ale przyznać też trzeba, że przekraczające granicę realizmu magicznego, zwieńczenie filmu, czyli utopijne oderwanie się od barbarzyńsko-pogańskiej cywilizacji i mięsożernego tu i teraz – gra nadzwyczaj pięknie w uszach. Szczegół, wraz z tkwiącym w nim diabłem, to fakt, że nawet, jeśli nie jest to wytwór wybitnej ludzkiej muzycznej wyobraźni (pardon, kultury wysokiej) to te nuty zwierzęce brzmią zaskakująco jak nasze. **** (4/6)

POKOT reż. Agnieszka Holland. Polska, Czechy, Niemcy, Szwecja. 2017.

Pokaż mi w winie nuty zwierzęce do tak zwierzęcego filmu! Takie zamówienie można by złożyć do nowego obrazu Agnieszki Holland. No, bo jakże inaczej, cóż innego? I tak, przyznaję, ugiąłem się przed tym oczekiwaniem, ale zrobiłem to w typowy dla siebie sposób. A wszystko jak zawsze, w imię waszej przyjemności. Dlatego zamiast nut zwierzęcych w jakimś Burgundzie czy Pomerolu, proponuję wino niesztampowe, mało znane, choć zapewniam – z „mięskiem” i warte grzechu.

Kojarzycie wina z Lazio, historycznego regionu włoskiego chyba najbardziej znanego z Rzymu? Pewnie niewielu z was. A znacie autochtoniczny szczep stamtąd, czyli Cesanese? Uuu, tu to już chyba nikt nie podniósłby ręki. Trudno się zresztą dziwić. Cesanese (choćby przez dostępność na polskim rynku) znają chyba tylko wybrańcy. To, które wam polecam powstało z wyselekcjonowanych gron, dojrzewających na wulkaniczno-gliniastej glebie na wzgórzach w miejscowości Cori (ok. 200-250 m.n.p.m.). Winnica, z której pochodzą owoce charakteryzuje się bardzo niską wydajnością z hektara. Początkowa fermentacja odbywa się ze skórkami, następnie połowa wina dojrzewa w beczkach, a druga połowa w stalowych kadziach.

Cincinnato Arcatura Cesanese 2014 (importer: Krople wina, 59 zł) ma intensywnie czerwoną barwę, przechodzącą w rubin. W nosie świetnie wyważone intensywne jeżyny i owoce leśne z nutą rozcieranej w dłoniach mokrej ziemi. Nad całością unosi się dość wyraźna nuta wędzonego mięsa (łapcie zwierzaka!). Usta są krwiste, treściwe, pełne jeżynowego owocu. Rozmarzony, jak zdjęcia w „Pokocie”, wapienny garbnik i drapieżna, zwierzęca (a jak!) kwasowość przysparza wielu radości, w tym tej najważniejszej – czystej winnej satysfakcji. Wino do kupienia u importera i w sklepach z nim współpracujących. *****4.5/6

Fotosy z filmu – materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od importera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s