NA NABRZEŻACH. Sumienie boksera

Gdy spojrzy się na nieskazitelność przekazu „Na nabrzeżach”, skóra cierpnie na zawołanie. Kiedy ostatni raz oglądaliście bohatera, którego ruszyło sumienie? Ba, czy pamiętacie w ogóle jakikolwiek film, który, by o tym w gruncie rzeczy opowiadał?

Przyznaję, trudno się mierzyć z kinową legendą. Jednym z najlepszych amerykańskich filmów lat 50. Obsypanym Oscarami, w tym tymi najważniejszymi: za film, rolę Marlona Brando, reżyserię Eli Kazana czy scenariusz Budda Schulberga. Ale, kto nie ryzykuje…

Fabuła jest dość prosta. Terry Malloy (Marlon Brando) kiedyś utalentowany i perspektywiczny bokser, pracuje jako doker w nowojorskim porcie. Ten zarządzany jest silną ręką przez Johnny’ego Friendly (Lee J. Cobb) i związek zawodowy, który działa, bez zażenowania, jak mafia i wyznacza, kto pracuje przy rozładowywaniu statków. Pewnego dnia ginie jeden z pracowników, który miał zeznawać w sądzie o tym, jakie zasady panują w porcie. Terry, który niejako przyczynił się do śmierci chłopaka, nie chce puścić farby, bo boi się, że straci pracę. Kiedy jednak poznaje siostrę ofiary Edie (Eva Marie Saint) i ojca Barry’ego (Karl Malden) zaczyna się w nim budzić sumienie…

Wplątany w intrygę Terry staje w rozkroku pomiędzy dwoma silnymi imperatywami. Z jednej strony żyje z poczuciem niewykorzystanej za młodu szansy na zostanie wielkim bokserem, na zostanie kimś. Nie chce dłużej czuć się nieprzydatny dla społeczeństwa, czuć się życiowym zerem. Z drugiej, jego chęć przeciwstawienia się związkowi i ewentualna współpraca z sądem byłyby sprzeniewierzeniem się braterskiej więzi (brat pełni ważną funkcję w związku). Jednym słowem – bokserski klincz.

Jak bohater wychodzi z tej matni? Czy podnosi się z lin, czy jest liczony na macie? Kazan metodycznie, z cierpliwością godną słusznej sprawy, pokazuje przemianę bohatera. Naturalną, niewymuszoną, powstałą na skutek uczucia do kobiety, nakreślenia perspektywy moralnej przez duchownego. Jego początkowa postawa bezrefleksyjnego lekkoducha (cynicznie rzucone do księdza: sumienie?) ewoluuje w kierunku zdeterminowanego, pałającego żądzą zemsty, pewnego siebie bojownika o sprawiedliwość i godność klasy robotniczej (a przynajmniej klasy dokerów).

Ta prosta historia posługuje się nieskomplikowaną metaforą, na tyle jednak koherentną, że nie wadzi. Oto podupadły bokser, człowiek bez nadziei na sukces, „wstaje z kolan”. Budzi się po (dosłownie) nokaucie. Powłócząc nogami, tracąc wzrok i przytomność, zmierza ku bramie portowej, prowadząc za sobą tłum przestraszonych robotników. Aby na powrót wygrać dla nich praworządność, aby udowodnić sobie i innym, że morderstwa, do których doszło, nie poszły na marne.

Wystawiony na ostracyzm środowiska, na zarzuty o kapusiostwo – Terry – wygrywa. W pojedynku: prawość i ludzka przyzwoitość kontra bezprawie i bestialstwo – siły zła kończą na deskach. Nie ma nawet sędziego, nikt tu nikogo nie liczy. Czy tylko ja mam takie wrażenie, że kiedyś wszystko było prostsze? ***** (4.5/6)

NA NABRZEŻACH (On the Waterfront) reż. Elia Kazan. USA. 1954.

Wybór flaszki do filmu zaskakujący, ale motywacja zupełnie inna, niż zazwyczaj. Bo oto ja, niesiony jak Terry Malloy, wyrzutem sumienia za sprawą butelki Aglianico z Kampanii, poczułem skruchę, ugryzłem się w język i zrozumiałem, że jeszcze kilka nietypowych etykiet muszę w życiu spróbować. Ale może od początku.

Polecaną butelkę otworzyłem pewnego pięknego dnia, stwierdzając razem z towarzyszami nasiadówy, że albo jest korkowa, albo na pewno bliska tej wady. No na pewno! – pomyślałem. No na pewno! A tu bęc! Pokierowany sugestią życzliwych osób, odczekałem z Aglianico na chwilę, dałem mu odpocząć, pocieszyć się życiem na świeżym powietrzu, po czym zasiadłem do kieliszka ponownie. Oto efekty.

Il Cancelliere Vendemmia Aglianico 2012 to w 100 procentach szczep Aglianico, czyli dojrzewająca bardzo późno odmiana o ciemnej skórce, uprawiana głównie na południu Włoch. Najbardziej znana jest w Kampanii. Ten okaz pochodzi od bardzo małego producenta (jak większość win importera Moja Italia), który na swojej ziemi kultywuje tylko ten szczep. Cierpliwość i skruchę wynagradza już cudny rubinowy – przechodzący w czerń – kolor. Nos karmi głębokim, eterycznym aromatem jagód, owocu granatu i akcentem fiołków. Usta są nieprzeciętnie gęste, wapienne, zawiesiste, grasuje w nich ponownie jagoda, ale czają się i jeżyny. Aglianico to bardzo treściwe, o gruboziarnistej taninie, z wyraźną, strukturalną kwasowością. Treściwy, owocowy zwierzak z leśnych odmętów. Raczej dzik, niż sarna. Wino kupicie za 69 zł w sklepie importera Moja Italia w Łodzi oraz w innych sklepach i restauracjach z nim współpracujących. ***** (5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino – zakup własny autora.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s