AMERICAN HONEY. Niedźwiedź i żółw

Kino niezależne za oceanem trzyma się mocno. Gdyby tak jeszcze wykroić z „American Honey” zbędne dłużyzny, można by mówić o prawdziwym spełnieniu.

Choć kiedy patrzę na historię Star (Sasha Lane) – amerykańskiej nastolatki doświadczonej przez trudne dzieciństwo, do głowy przychodzą same frazesy. A że to o poszukiwaniu wolności, pogoni za marzeniami, a że o odkrywaniu siebie. Ble ble – można by pomyśleć. Ileż to już razy widzieliśmy coś takiego w kinie? Puk, puk – przywołuje nas do porządku reżyserka Andrea Arnold. Po raz kolejny przypominam sobie, że nie ważne jest tylko to, o czym się opowiada w kinie, ważne jest też jak się to robi.

Star, nastolatka „wychowująca” swoje młodsze rodzeństwo (bo dobierający się do niej ojciec to pijak i bumelant, a matka się do nich nie przyznaje) postanawia pewnego dnia zmienić swoje życie i uciec. Pomaga jej w tym przypadkowo poznany Jake (Shia LaBeouf), który włóczy się po kraju z grupą nastolatków. Ta włóczęga to swoista praca, bo ekipa jeżdżąc od stanu do stanu sprzedaje bogatym Amerykanom (za niebotyczne sumy) prenumeraty coraz mniej popularnych drukowanych magazynów. Ale uwierzcie, ten rys fabularny jest tu najmniej istotny.

To, co interesuje Brytyjkę Andreę Arnold to wiwisekcja młodej buntowniczej Ameryki skupionej tu w postaci Star (prawdziwe imię). Rebeliancka, sceptyczna, niezależna indywidualistka – z jednej strony. Wrażliwa, optymistyczna, młoda kobieta, szukająca bliskości, przynależności i ciepła – z drugiej. Dziewczyna niosąca w sobie kilka zwalczających się żywiołów, symbolizowanych przez dwie poetyckie, nieco odrealnione sceny: z napotkanym (ni stąd, ni zowąd) niedźwiedziem i „zapraszającym” do kąpieli w jeziorze żółwiem. Niedźwiadek – wiadomo – uosobienie wolności, posągowa dzikość serca, bezpardonowość, drapieżne nastawienie wobec słabszych, nieprzystosowanie do życia w społeczeństwie (sic!). Żółw – nieufność, ostrożność wobec otoczenia oraz postawienie w hierarchii priorytetów na dom i swoje miejsce na ziemi (symbolizowane przez noszoną przez całe życie na plecach skorupę). Czyż to nie (trochę łopatologiczna) metafora współczesnej Ameryki?

Przy całym flow, który film niewątpliwie posiada, doskwiera „American Honey” jeden, ale za to niewybaczalny w kinie mankament. Dłużyzny. Materiału na żywiołową, treściwą historię jest tu może na półtorej godziny. Tymczasem Arnold rozwleka to włóczęgowskie kino drogi do uwierających 160 minut. Nie starcza materiału na całą sukienkę, a jego rozciąganie nie zasłania wstydliwych partii ciała. Z drugiej jednak strony, może to jest właśnie przejaw niezależności reżyserskiej Arnold? Może „puściła” materiał, by dać wybrzmieć młodzieńczej nonszalancji, didaskaliom świata wewnętrznego Star, notorycznemu problemowi ze skupieniem i koncentracją (podsycanemu przez alkohol i narkotyki) czyli chaotycznej naturze młodzieńczej duszy?

Młodzieńcze, rebelianckie, włóczęgowskie i subkulturowe duchem „American Honey” to kino drogi z wibrującym, dzikim i namiętnym wątkiem miłosnym. Jake i Star są parą romantycznie zakochanych w sobie wędrowców. Jednak ich tułaczka, to nie-przemierzane samochodem tysiące kilometrów ze stanu do stanu, a bardziej wędrówka w głąb siebie. Z misją odnalezienia życiowego celu, nazwania marzeń, skalibrowania oczekiwań wobec świata.

Mocno wyeksploatowany w kinie motyw zanurzenia tytułowej american honey w tafli wody, to próba otrząśnięcia się i wybrania własnej życiowej ścieżki. Trudno tu jednak (znowu) uciec od bardziej rozległej interpretacji. Brnę, więc w to dalej. Jaka jesteś Ameryko? Jaką chcesz być? **** (4/6)

AMERICAN HONEY reż. Andrea Arnold. USA, Wielka Brytania. 2016

Tak, jak Andrea Arnold poszukuje zrębów wolności i każe swojej bohaterce odnaleźć własną drogę, tak legendarna winiarnia z Veneto, z apelacji Soave – Azienda Agricola Inama – tej wolności (tyle, że twórczej) jest wręcz protoplastą. No, bo pokażcie mi drugiego takiego producenta, który w regionie znanym z letnich, mało zobowiązujących, tanich i sprzedawalnych win ze szczepu Garganega inwestuje (z konsekwencją godną lepszej sprawy) w… Sauvignon Blanc.

W ubiegłym wieku wizjonerski Giuseppe Inama skupywał najlepsze parcele w Soave, wierząc, że wina ze starych krzewów Garganegi będą miały kiedyś wzięcie. Nie mylił się. Jednak zanim krzewy osiągnęły odpowiednią dojrzałość, sprzedawał grona innym. W tym czasie nie próżnował, eksploatując inne nasadzenia. I tak dochodzimy do Sauvignon Blanc z Veneto, które było pierwszym zabutelkowanym przez Inamę winem…

Inama Sauvignon Vulcaia Fumè 2014 (importer Krople wina, 189 zł) to wino niezwykłe. I nie chodzi tu tylko o to, że SB to rzadkość w tym regionie. Po prostu to konkretne Sauvignon jest inne, niż wszystkie, a skala porównawcza nie istnieje. Świetlista słomkowa barwa (wyraźny komunikat o flircie z beczką) tylko zapowiada emocje, które przychodzą z każdym następnym łykiem. Pachnie kandyzowanymi owocami tropikalnymi, białymi kwiatami, w tle pojawia się niuans maślany. Usta są pękate, gęste, kremowe, niemal tłuściutkie z długim aromatycznym finiszem. Mniejszy alkohol, niż w poprzednich rocznikach (13%) odsłania owocowo-tropikalną twarz, przypudrowaną beczką i słonym, mineralnym cieniem. W obliczu tradycji, Sauvignon Blanc wolne jak ptak. Prawdziwy oryginał. ***** (4.5/6)

Fotosy z filmu – materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od importera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s