MILCZENIE. Ostatnie kuszenie jezuity

Stare japońskie powiedzenie mówi: Góry i rzeki można przenieść, ale ludzka natura jest stała. Martin Scorsese hołdując temu przysłowiu przeprowadza „Milczeniem” przez udręki modlitwy i walki o zachowanie resztek chrześcijaństwa na zgliszczach XVII-wiecznej Japonii.

Jego film, z pozoru nieprzystępny i długi jak niekończąca się modlitwa przy grobie Chrystusa, jest pełen żaru i pasji. Ogląda się go jak intymne wyznanie wielkiego reżysera. To obraz o sporym bagażu intelektualnym i sugestywnej ikonografii, pełen panoramicznych, malarskich kadrów, żywiących się czystą siłą kina. Dla takich momentów, gdy przyzwyczajeni do szalonego tempa i bezmyślnej treści w kinie, zamieramy w zadumie – warto wierzyć w X Muzę.

Dzieje chrześcijaństwa w Japonii sięgają XVI wieku. W 1549 r. do kraju kwitnącej wiśni przybył pierwszy misjonarz – św. Franciszek Ksawery. Próbował chrystianizować Japonię „od góry”, wychodząc ze sprawdzonego założenia, że jeśli się nawróci władcę, to za nim pójdą poddani. Franciszkowi, co prawda udało się pozyskać dla wiary daimio (feudalnego księcia) w zachodniej Japonii, ale już starania o kontakt z szogunem (rządcą Japonii) w Kioto nie przyniosły efektu. Chrystianizacja Japonii w XVI wieku posuwała się szybko, chociaż była zazwyczaj procesem oddolnym. Do misjonarzy jezuickich dołączyli hiszpańscy i portugalscy franciszkanie. Za misjonarzami szli kupcy. To rozbieżność ich interesów stała się przyczyną zahamowania, a następnie odwrócenia procesu chrystianizacji.

Do Japonii zaczęli przybywać kupcy holenderscy, którzy w czasie trwającej w Europie Reformacji wzięli stronę protestantów. Świeża schizma i duże zaangażowanie mieszkańców poszczególnych krajów w konflikty religijne, sprawiło, że Holendrzy zaczęli hiszpańskich i portugalskich misjonarzy postrzegać jako wrogów. Zaczęło się od podburzania władz japońskich, widmem wejścia hiszpańskich i portugalskich wojsk i militarnego podporządkowania sobie Japonii. Do tego swoje cztery grosze dołożyły klasztory buddyjskie, podburzające daimio i szogunów (przed obawą o utratę swojego prestiżu społecznego i politycznego). W efekcie szogun Toyotomi Hideyoshi wydał w 1587 r. dekret nakazujący wszystkim misjonarzom opuścić Japonię i zakazujący wyznawanie religii chrześcijańskiej pod karą śmierci. Prześladowanie chrześcijan stało się faktem. Mordowano w bestialski sposób zarówno Japończyków jak i cudzoziemców. Prześladowania rozszerzały się na cały kraj, przybierając mniejsze lub większe nasilenie, w zależności od ilości chrześcijan i nastawienia władz.

Dlaczego ten rys historyczny jest tak istotny? A no, bo trudno wyobrazić sobie bez niego historię przedstawioną przez Scorsese. Oparty na noweli Shusaku Endo, film opowiada historię dwóch portugalskich jezuitów wysłanych na straceńczą misję do XVII wiecznej Japonii, ogarniętej prześladowaniami i przemocą wobec wiernych. Ojciec Rodrigues (Andrew Garfield) i Ojciec Garupe (Adam Driver) przyjeżdżają do niej by odnaleźć swojego dawnego mentora Ferreirę (Liam Neeson) i głosić w podziemiu Słowo Boże.

Obraz Scorsese to film w gruncie rzeczy niespotykanie wręcz prostolinijny. Misja odnalezienia ojca Ferreiry szybko przeistacza się w wewnętrzną walkę jezuitów o wytrwałość w wierze. Próby łamania przez władze sumień chrześcijan z czasem zaczynają udzielać się też Rodriguesowi i Garupe. Ich potyczka o zachowanie zgodności z własnym sumieniem wystawiona zostaje na makabrycznie trudne próby usłane wyszukanymi torturami i podstępnymi gierkami oprawców. To przeistacza ich misję w – nie przymierzając – męczeństwo. Strasznie łatwe porównanie, ale jak tu od niego uciec?

„Milczenie” będące swego rodzaju „ostatnim kuszeniem jezuity” wystawia na drastyczną próbę jedną z głównych bolączek praktykującego chrześcijanina. Jak w konsekwencji nieustannej, żarliwej modlitwy do Boga poradzić sobie z brakiem bożej odpowiedzi, jego milczeniem? Jak reagować, kiedy pomimo dziejących się okrucieństw Bóg nie odpowiada, nie reaguje? Ta próba, na którą zostaje wystawiony niemal każdy wierny osiąga w filmie Scorsese punkt krytyczny. Jeśli ksiądz zaczyna wątpić i zbaczać z drogi wiary, to co mamy począć my, prości grzesznicy?

Scorsese dokonuje cierpliwej (metraż 2 godziny, 40 minut) obserwacji staczania się księdza w odmęty obłędu i skrajnej frustracji wywołanej pozornym brakiem Boga. Frustracja wynika też z niemożności wpłynięcia na swój los oraz los uzależnionych od siebie niewinnych wiernych. Przy tym reżyserowi udaje się też dotknąć niezwykle ważnego problemu. Jak cienka granica dzieli powołanie kapłańskie i świadomość, że jest się wybrańcem-sługą Boga od popadnięcia w grzech pychy i ujrzenie w swoim odbiciu twarzy Chrystusa? Za kogo ostatni japońscy chrześcijanie tak naprawdę mają cierpieć? Za Boga jedynego czy „widzimisię” jezuity? Ten obrazoburczy nieco wątek wydaje się tu równie istotny, co całe tło historyczne i dramaturgiczne.

Widziałem „Milczenie” dwukrotnie i im dłużej rozmyślam nad tą historią o żarliwości wiary, kuszeniu, zwątpieniu i wyparciu, tym częściej dochodzę do wniosku, że powinienem zaprzestać. Nie zwykliśmy przecież analizować modlitwy. **** (4/6)

MILCZENIE (Silence) reż. Martin Scorsese. Japonia, Meksyk, USA, Włochy, Tajwan. 2016

Już dawno nie miałem tak dobrego, tak pasującego do filmu winnego typu, jak w tym przypadku. Mój wybraniec to Malbec, czerwona ikona Argentyny, szczep, w którego fanklubie z zasady nie płacę składek. Ale Malbec to nieprzeciętny. Winnica Manos Negras (Czarne ręce) to producent symbolizujący już na etykiecie, jak i w nazwie trud, który został włożony przez ludzi w winnicy w powstanie każdego z win. Taki sam trud, jaki księdza jezuici gołymi rękami wkładali w głoszenie Słowa Bożego, udzielanie uciemiężonym wiernym chrztu czy komunii świętej. A to wszystko w prześladowanej pełnej przemocy Japonii.

Wina w Manos Negras tworzy Alejandro Sejanowich, który wcześniej przez kilkanaście lat szefował znanej argentyńskiej winiarni Catena Zapata. Wina z „Czarnych rąk”, a przynajmniej to, które miałem przyjemność spróbować, wyróżniają się na tle typowych argentyńskich flaszek.

Manos Negras Stone Soil Select 2014 (Vive le Vin, 89 zł) to Malbec zaskakująco głęboki, swoiście mineralny. Wino, które – sam się dziwię, że to piszę – ekscytuje. Winorośl rośnie – jak to sam producent określa – na bogatej skalistej glebie. W kieliszku mieni się kolorem dojrzałej wiśni. Faktura gęsta jak olej. Wino pachnie ciemnymi kwiatami, dojrzałą wiśnią i maliną. Jest w nosie też jakiś zimny powiew morskiej bryzy, intensywna, kamienna (nomen omen) mineralność, czarna ziemia. Usta precyzyjne, wyważone, zrobione w punkt. Drobnoziarnista tanina, dojrzały szczodry owoc (wiśnia, malina). Pojawia się też zdrowa kwasowość, trzymająca to wino w ryzach, ale nie dominuje, a tylko ukrywa się na drugim planie eksponując pięknie skrojoną taninę i powabną owocowość. Zaskakująco miękki (a nie mocarny), elegancki i ekscytujący Malbec. Jedno z najlepszych win z tego szczepu, jakie piłem. Wino do dostania w warszawskich sklepach Ale wino, Whisky And Wine Place lub kontaktując się bezpośrednio z importerem. ****** (5.5/6)

Fotosy z filmu – materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od importera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s