„Podwójny kochanek” i Domaine Baud Cotes du Jura Tradition

Film Ozona to żonglerka gatunków i cytatów. Stałe jest tu tylko jedno – niczym niezmącone przekonanie reżysera o własnych zdolnościach kuglarskich.

Rozpoczyna się z przytupem. Oko kamery skierowane jest w zbliżeniu na kobiecą waginę, po czym nurkuje wewnątrz, przenikając w obraz oka. Słabo? Dalej jest jeszcze lepiej. Weźmy na przykład jedną z ciekawszych scen seksu (jest ich sporo). W trakcie stosunku oko kamery wskakuje między rozdziawione usta bohaterki, by za chwilę pokazać jej narządy wewnętrzne w trakcie orgazmu… Ozon potrafi wiele i nie waha się tego użyć.

Francuz opowiada o byłej modelce Chloé (Marine Vacth), którą boli brzuch. Tak, nie przecierajcie oczu ze zdziwienia, taki jest punkt wyjścia. Ponieważ ból jest na tyle natarczywy i wychodzi na to, że ma podłoże psychiczne, dziewczyna udaje się na sesje terapeutyczne do psychiatry Paula (Jérémie Renier). Wizyty kończą się obopólnym wyznaniem miłości, po czym przenosimy się o kilka miesięcy wprzód, kiedy to oboje mieszkają już razem, a ból brzucha ustaje. Sielankę wspólnego życia przerywa sytuacja, w której bohaterka odkrywa, że Paul ma brata bliźniaka, do którego nie chce się przyznać i staje się bardzo prawdopodobne, że ukrywa przed nią jeszcze wiele innych sekretów z przeszłości.

Ozon prowadzi tą mylącą widza opowieść pod przykrywką psychologicznego thrillera, filmu erotycznego (w stylu tych mocno po północy) oraz dramatu obyczajowego – w jednym. Jego sprawność widać już w tym, że te gatunki się przenikają, nie wchodzą sobie w paradę, a wręcz odwrotnie – w jakiś magiczny, czy właśnie kuglarski sposób grają czystą, pozbawioną fałszu melodię. Reżyser szeroko korzysta z cytatów i odniesień. Sceny ostrego, perwersyjnego seksu przywodzą na myśl kino Davida Cronenberga. Wątek ze wścibską sąsiadką-kociarą to wręcz sampl z „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego. Kto zresztą nie przyzna, że ostrzyżona na krótko Marine Vacth nie skojarzyła mu się z podobnie wystylizowaną przed laty Mią Farrow?

Z wykwintnej, burżujskiej scenografii i barokowego, efekciarskiego stylu filmowania, niejako mimochodem wyzierają tematy, których Ozon prawdopodobnie chciał dotknąć. Jest, więc i wypieranie tożsamości, jest przywdziewania masek zależnie od sytuacji, czy świadomość istnienia pięknych, choć zarazem mrocznych dusz. Wątki te giną jednak (ach, czyżby nie zamierzenie?) w obrazach wytwornych (ale kiczowatych) pomieszczeń i stylistyce sugerującej, że te przyziemne problemy pochodzą jakby z innego świata.

Pomimo barokowej otoczki w trakcie seansu na usta cały czas cisną się też pytania. Jak wytłumaczyć nawracający, irytujący ból Chloé? Dlaczego Paul nie przyznaje się do bliźniaka Louisa? Czy pomimo mylnych tropów jesteśmy na końcu filmu przekonani, że on na pewno istnieje? Swoją drogą, to co Jérémie Renier wyczynia w tej podwójnej roli, zasługuje na oklaski. Jego bliźniacy są jak ogień i woda, jak dwie strony tej samej monety. Którą z nich „wylosuje” Chloé?

Mroczny, efekciarski, wypełniony atrakcyjnym wizualnie seksem – „Podwójny kochanek” – przypomina trochę grę w pokera. Obnażony w pierwszym rozdaniu blef, po odpowiedniej modyfikacji działa ponownie. **** (4/6)

PODWÓJNY KOCHANEK (L’amant double) reż. François Ozon. Belgia, Francja. 2017

Do filmu, blefującego z widzem, wino, które bez wcześniejszego merytorycznego przygotowania może się sprawcą takiej podpuchy stać. Mowa o butelce z Jury – regionu ze wschodniej Francji, słynącego z vin jaune, czyli białego wina ze szczepu savagnin, dojrzewającego pod warstwą drożdży w niedopełnionej beczce. Z czego to wywodzi się charakterystyczne utlenienie tzw. żółtego wina.

A dlaczego podpuchy? Bo jak zanurzycie nos w kieliszku Domaine Baud Côtes du Jura Tradition 2012 (ciekawa mieszanka 50 proc. savagnin i 50 proc. chardonnay) czy zresztą też w innych podobnych winach z Jury, to nierzadko wasze skojarzenia i myśli pofruną w stronę charakterystycznych aromatów słodkiego wina sherry. Tymczasem zaskoczenie – ta Jura to na wskroś wytrawne wino.

Wino starzone było tradycyjnie, w niedopełnionych beczkach. W barwie ciepły odcień przejrzałej na słońcu słomy. Pachnie nutą mleczną i orzechem laskowym. Na drugim planie czają się drożdże, wanilia i osełka masła. Smakuje podobnie, jak wytrawne tokajskie szamorodni (wybaczcie kolejny wtręt węgierski). Pełne ciało, dużo ekstraktu, orzechowo-maślano-kremowa faktura i wyraźne, cudnie oldskulowe utlenienie. A poza wszystkim jest to po prostu pyszne i zaskakująco jak na estetykę świeże. To (w cenie 81 zł), jak i inne wina Domaine Baud dostaniecie u krakowskiego importera Lutomski.Wino oraz w sklepach i restauracjach z nim współpracujących. ***** (5/6)

Fotosy z filmu – materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od importera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s