„I tak cię kocham” i Zenato Cresasso

Rzadko pojawia się na tym blogu komedia romantyczna, ale jak już się pojawia, to od razu najwyższej próby.

„I tak cię kocham” to zgrabna, dowcipna i czarująca opowieść o tym, jak przesuwając horyzont czubka własnego nosa można znaleźć coś dużo cenniejszego, niż nawet najbardziej błyskotliwe „ja”. Szczerą, może i niedoskonałą, ale prawdziwą miłość.

Reżyser, prowadząc umiejętnie historię zakochiwania się Pakistańczyka Kumara w Amerykance Emily, z brawurą myli tropy, z umiejętnością tancerza omijając zastawione przez siebie wnyki. Historia dwójki zakochanych to tylko z pozoru kolejny głos w dyskusji, jak różnice kulturowe potrafią dzielić, a nie łączyć. Tak, jasne, zderzenie zwyczajów konserwatywnej pakistańskiej rodziny z pozorną wolnością i luzem amerykańskiego społeczeństwa jest źródłem wielu komicznych sytuacji. Oryginalność obrazu Michaela Showaltera polega jednak na tym, że to zaledwie przygrywka do prawdziwego tematu filmu.

Showalter pokazuje, że miłość potrzebuje niekiedy czasu. Żeby dojrzeć. A aktorzy w tym przedstawieniu łakną chwili i sposobności, żeby się sobie nawzajem przyjrzeć i zrozumieć, co tak naprawdę do siebie czują. Ta niepozorna komedia, to także dowód na to, jak ludzkie cierpienie i po prostu nieszczęście jest w stanie zweryfikować nas samych, jako partnerów, ale przede wszystkim przetrzebić naszą wrażliwość. Jak ważna jest siła poświęcenia. I ile dobrego może zdziałać. Aż tyle dobra w komedii romantycznej? A i owszem.

W pewnym momencie filmu Emily pyta Kumara, czy wyobraża sobie świat, w którym będą razem? Wymowna niepewność pozostawia przed bohaterem jeszcze długą drogę. Tymczasem mnie, aż korci, żeby zapytać: czy wyobrażacie sobie świat, w którym takie komedie romantyczne nie będą schodzić z ekranów? ***** (4.5/6)

I TAK CIĘ KOCHAM (The Big Sick) reż. Michael Showalter. USA. 2017.

W myśl powiedzenia, że „miłość to najbardziej niebezpieczna z gier” moje myśli skierowały się do butelki, której zawartość jest tak zmysłowa, że nawet najbardziej wyszukana i kręta droga do serca (jak w ww. filmie) zakończy się spełnieniem.

Lądujemy we włoskiej apelacji Veneto, a w kieliszku wino od jednego z najlepszych producentów w regionie. Zenato Cresasso 2010 to trochę wino-ciekawostka. Nie tak przecież znowu często zdarza się jednoodmianowa butelka ze szczepu corvina veronese wykorzystywanego powszechnie, jako jeden ze składników popularnych na Półwyspie Apenińskim valpolicelli, ale przede wszystkim rozgrzewającego winiarskie serca – amarone. Cresasso już na pierwszy rzut oka połyskuje rubinową barwą. Po dłuższym kontakcie z powietrzem otwiera się baśniowa wręcz paleta ciemnych i czerwonych owoców. Jest tu głęboki aromat jeżyn, wiśni, w tyle pojawia się też słodki zapach powidła śliwkowego. Kwasowość tu nie wystaje. O nie, co to, to nie. W zamian mamy aksamitne taniny i długi, długi finisz, który sprawia, że nie chcemy, żeby się kończył. Nigdy.

Za butelkę zapłacicie słono (210 zł), ale w tym wypadku warto zgrzeszyć. Do dostania u krakowskiego importera Endor Wina. ****** (5.5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.
Wino otrzymałem do degustacji od importera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s