„Wyspa psów” i Birichino Bechthold Cinsault Old Vines

Poklatkowa animacja z wykorzystaniem kukiełek jeszcze nigdy nie była tak perfekcyjna, tyle, że też żaden film Wesa Andersona jeszcze nigdy nie był tak dyskusyjny. „Wyspa psów” z jednej strony zachwyca realizacyjnie, będąc filmowym świecidełkiem, z drugiej pęka miejscami w szwach, gubiąc narracyjny feeling i trzymając widza na dystans.

Opowiadaną przez Andersona historię można streścić w kilku zdaniach. Japonia kilkanaście lat w przód. Burmistrz Kobayashi ogłasza, że kierowane przez niego miasto Nagasaki opanowane zostało przez psią wściekliznę i zarządza autorytarnie izolację psów od mieszkańców – poprzez przeniesienie ich na wyspę, gdzie składowano dotąd śmieci. Nikt na nią nie zagląda aż do momentu, kiedy nie ląduje tam awaryjnie swoim samolotem młody chłopiec imieniem Atari, w poszukiwaniu swojego psa Ciapka. Chłopak (będący co ciekawe, krewnym burmistrza) znajduje w grupie kilku sympatycznych psów sprzymierzeńców, którzy pomogą mu w odszukaniu pupila.

Story, jak to w przypadku Amerykanina bywa, jest tu ponownie li tylko pretekstem do opowiedzenia innej, w pełni już andersonowskiej historii, czy bardziej odwzorowania precyzyjnej, stylowej makiety domów dla lalek, stworzonej przez tego pomysłowego demiurga. Technicznie „Wyspa psów” to powtórka z metody zastosowanej w błyskotliwym „Fantastycznym panie Lisie” sprzed kilku lat. Jednak u Andersona AD 2018 pojawia się dużo bardziej pojemna galeria nowych, wcześniej rzadziej eksplorowanych wątków.

Zsyłka, sympatycznych skądinąd psiaków, na brudną od śmieci i zamieszkaną przez szczury wyspę, to dość jednoznaczne nawiązanie do problemu imigrantów, którym wielu ze współcześnie rządzących Europą znalazłoby najchętniej właśnie taki odseparowany obóz. Nieznoszące sprzeciwu autorytarne zarządzanie miastem Nagasaki i ukrywanie faktów (wynalezienie działającej szczepionki na psią wściekliznę) to cichy autorytaryzm spotykany w kilku współczesnych krajach, nawet rozwiniętych demokracji. Pojawia się też motyw (przyznać trzeba nieznośnie arogancki) oświeconej Ameryki (tu w postaci studentki będącej w Japonii na międzyuczelnianej wymianie), która, jako światowy szeryf jako jedyna jest zdolna zasiać ferment i rozniecić w japońskim miasteczku rewolucję sprzeciwu wobec władzy burmistrza Kobayashi.

Prawdziwie odważnym, czy wręcz karkołomnym pomysłem Andersona jest idea, by wrogami zagrażającymi społeczeństwu były psy – najbardziej chyba ukochany gatunek zwierząt utożsamiany z najlepszym przyjacielem człowieka. Co ciekawe reżyser decyduje się też na swoistą próbą zantagonizowania dwóch najbardziej popularnych domowych pociech. Koty i ich właściciele pokazani są, jako ci źli – psy na odwrót. Deal with it.

„Wyspa psów” to jednak przede wszystkim wizualny i realizacyjny majstersztyk. Od – z pieczołowitością przygotowanych kukiełek – wprost nie można oderwać wzroku. Są zaprojektowane z dbałością o każdy detal. Wąsy czy sierść psów powiewających na wietrze to wyżyny animacji poklatkowej. I ten ogromny atut nowego filmu Andersona stoi paradoksalnie u podstaw jego słabości. Amerykanin zbyt mocno zawierzając swojej technicznej perfekcji, zagubił gdzieś to, co jako ludzie tak cenimy w kontaktach z czworonogami – bliskość. Oglądając animację zbyt często narażeni jesteśmy na czasami niepotrzebne skoki akcji (szereg retrospekcji), które wytracają tempo, dramaturgię i feeling filmu. Doskwierają też (tu znowu paradoks) bohaterowie filmu. Sympatyczne, mówiące ludzkim głosem (dla odmiany większość dialogów japońskich jest specjalnie nietłumaczona) psiaki zbyt ostentacyjnie pozostają nam obce. Nie potrafimy się z nimi utożsamić, gdyż twórcy nam w tym nie pomagają. Wyjątkiem jest może postać Chiefa – psa zguby, który jako jedyny niesie ze sobą ciekawą, pełną sprzeczności osobowość. Niestety w efekcie takiej konstrukcji postaci pozostajemy z wrażeniem oglądania „Wyspy psów” jak przez szkło.

Na szczęście Anderson to wciąż Anderson. I tak ponownie zachwyca tu specyficzny i szalony, często slapstickowy humor. Nie zawodzą też rewelacyjni aktorzy, „dający” głos psim – i nie tylko – postaciom. Ich plejada przyprawia o zawrót głowy. Bryan Cranston, Edward Norton, Bill Murray, Jeff Goldblum, Harvey Keitel, Frances McDormand, Tilda Swinton, Scarlett Johansson czy Yoko Ono to bezdyskusyjnie dubbingowy strzał w dziesiątkę.

Koniec końców pozostaje jednak niedosyt. Tak, jak jedna z psich postaci – Chief – jak zdartą płytę powtarza niczym swoje credo kwestię – ja gryzę – tak wydaje się, że… Amerykanin również. Szkoda tylko, że to zaledwie uszczypnięcie nie w pełni jeszcze uzębionego szczeniaka. **** (4/6)

WYSPA PSÓW (Isle of Dogs) reż. Wes Anderson. USA, Niemcy. 2018.

Do szalonego i oryginalnego filmu Andersona wymarzyłem sobie butelkę równie niekonwencjonalną, nieoczywistą, w pełni zasługującą na miano wina dla freaków. No bo, kto z was pił, choć raz wino odmianowe ze szczepu cinsault, używanego na południu Francji głównie do blendów? Mało tego, kto próbował takie dziwo wprost z Kalifornii i to jeszcze ze 130-letnich krzewów? Tak właśnie myślałem.

Birichino to wspólny projekt dwóch Kalifornijczyków – Alexa Krause i Johna Locke. Pierwszy z nich odpowiada ze eksport w kultowej i słynnej w pewnych kręgach winniarni Bonny Doon Vineyard (skupiającej się na francuskich odmianach winorośli). Ze spotkania z nimi podczas festiwalu win kalifornijskich w Warszawie, pamiętam jednak, że z dużo większą pasją opowiadali właśnie o projekcie na literkę „B”. Winiarnia powstała w 2008 roku. Jednym z jej priorytetów jest troska o jak najlepszą jakość owocu i równowagę samych win. Tworzone tu butelki pochodzą z małych, rodzinnych i – co istotne – jednych z najstarszych winnic, jak Stany Zjednoczone długie i szerokie.

W kieliszku mam, zdaje się – czasami mniej podniośle się nie da – opus magnum producenta. Birichino Bechthold Cinsault Old Vines 2016 to cinsault z najstarszej uprawy tego szczepu na świecie. Tylko sobie wyobraźcie – krzewy na to wino zasadzone zostały w 1888 roku! Mieni się doskonałą kompozycją aromatów i smaków, niczym brylant, że aż szkoda je oceniać, no ale spróbujmy. W oku barwa wiśni. Feeria zapachów to głównie truskawka, czerwona porzeczka i dojrzała wiśnia z nutą czerwonych kwiatów. Usta mają niespotykany, nie tylko na Ziemi, ale chyba w całej galaktyce, ekstremalnie wysoki faktor pijalności. Jest tu świeży truskawkowo-malinowy owoc, pluszowa tanina, nieuchwytna, nieoczywista skalna mineralność i to, co w tak jasnych czerwieniach ubóstwiam – lekkość. Jeśli dodam do tego jeszcze subtelne, finezyjne wykończenie, to nie mam już żadnych wątpliwości. Oddałbym wszystkie zinfandele i cabernet sauvignon Ameryki za takie cuda, jak to. Wino dzięki bohaterskiemu importowi Gentleman’s Wine Selection dostaniecie m.in. w Wine & People w Warszawie (cena na półce 150 zł). ****** (5.5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Wino otrzymałem do degustacji od importera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s