„Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata” i Dva Duby Divide

Tam, gdzie historia 12-letniego, kochającego gotować chłopaka normalnie zamieniłaby się w inspirującą, hollywoodzką baśń o drodze do sukcesu, tam „Chef Flynn” nabiera mrocznego ciężaru blasków i cieni życia pod parasolem apodyktycznej matki.

„Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata” to wypisz – wymaluj opowieść o genialnym dziecku. Tytułowy chłopak – Flynn McGarry – złapał w dzieciństwie bakcyla do gotowania, by w wieku 12 lat – pod kuratelą matki – otworzyć domowy klub restauracyjny. Dokument Camerona Yatesa staje się historią, jak krok po kroku od młodzieńczej pasji i zafiksowania na kucharzeniu, przeć do przodu, by osiągnąć cel podstawowy – zostać regularnym szefem kuchni i otworzyć pełnoprawną restaurację w Nowym Jorku.

To jednak, co u innego filmowca byłoby punktem wyjścia do krzepiącej opowieści nakreślonej według instrukcji – znajdź to, co kochasz, poświęć się temu w pełni, a osiągniesz sukces – tu jest tylko pretekstem do historii dużo ciekawszej, a na pewno „grubszej” gatunkowo, ocierającej się niemal o thriller psychologiczny.

Kluczowym momentem filmu jest zwierzenie matki, która wspomina swoje trudne małżeństwo z alkoholikiem i przyznaje się do depresji porozwodowej. To wówczas młody Flynn – jak przyznaje – musiał z dnia na dzień stać się „małym mężczyzną”. Innym, przerażającym wręcz cytatem, który idzie pod rękę z powyższym, jest zdanie padające z ust chłopaka, że przeżył 10 lat dzieciństwa i to już wystarczy. Na podstawie tych wypowiedzi rysuje się obraz dziecka, które zbyt szybko musiało wskoczyć w buty dorosłego i, które według scenariusza napisanego własną pasją, ale i piórem władczej matki – pędzi ku drodze życiowego spełnienia.

Yates w gruncie rzeczy opowiada też trochę o sobie samym.  Meg McGarry to była scenarzystka i dokumentalistka, która zanim została matką nakręciła kilka filmów, stąd pewnie ciąg do ciągłego „obserwowania” młodego. Dzięki jej filmowemu zacięciu twórcy filmu zawdzięczają tak wiele archiwalnych, jak i bardziej współczesnych materiałów z Flynnem w roli głównej. Z drugiej strony jej instynkt dokumentowania niemal każdego skrawka życia, każdego kroku dziecka – wydaje się osiągać chore rozmiary. W tym kontekście znamienne jest kolejne zwierzenie Meg, kiedy wspomina lata 80., okres przed tym, jak została matką, gdy miała więcej czasu dla siebie, a jej życie należało tylko do niej. Wśród moich ówczesnych znajomych niewielu miało dzieci – mówi. Trudno czytać to inaczej niż narzekanie na swój los i próbę odbicia sobie przerwanej kariery, wolności i beztroski, mimochodem kosztem dziecka. Co zresztą odciska się na jej drugiej latorośli, córce, która z perspektywy filmu wydaje się pomijana i ignorowana.

„Chef Flynn” to również obraz heroizmu, bo przecież w takich kategoriach należy rozpatrywać potyczkę młodego chłopaka z wymagającym światem dorosłej gastronomii. Uderzające są sekwencje, kiedy widać, że nie unosi ogromu odpowiedzialności i presji przy pierwszym zderzeniu z profesjonalnym światem fine diningu, czy serwisem gości. Widać też, że psychicznie nie jest jeszcze gotowy na prawdziwe zderzenie z bezwzględnym światem celebrytów, krytyki kulinarnej i popkulturowych obsesji. Zobaczyć to możemy w scenie, gdy z przesadnym przejęciem obserwuje negatywne wpisy i opinie w social mediach po swoim restauracyjnym „debiucie” czy publikacji sesji fotograficznej w poczytnym dzienniku.

Pomimo przewodniego tematu, dokument Yatesa staje się, więc też ważnym głosem w temacie – pardon za słowo – superparentingu. Tego jak dużą i bezwzględną „władzę” nad dzieckiem mają w swoich rękach rodzice, jak mogą kierować życiem swoich latorośli. I choć należy docenić, że twórcy filmu nie przeobrażają dokumentu w obraz młodzieńczej traumy spowodowanej apodyktycznym usposobieniem matki, to ciężko pozbyć się powracających po seansie słów Meg: Czasami mam wrażenie, że to nie stało się naprawdę, tylko jest to wymyślony przeze mnie scenariusz… **** (4/6)

CHEF FLYNN – NAJMŁODSZY KUCHARZ ŚWIATA (Chef Flynn) reż. Cameron Yates. USA. 2018.

Gdy myślę o filmie o młodym, zdolnym szefie kuchni, który od dzieciństwa próbuje swoich sił w sztuce kulinarnej, to mam szybkie, ale precyzyjne skojarzenie z morawskim producentem Dva Duby. Jego wina poznałem pobieżnie rok temu, ale tego lata miałem okazję posmakować ich jeszcze bardziej podczas fantastycznego festiwalu win naturalnych –  Autentikfest Morawia w czeskich Boleradicach. Podczas wydarzenia na stoisku producenta swoje wina zaprezentował też… 13-letni syn winiarza Jiříego Šebela. I muszę wam przyznać, że już teraz nie odstają one zbyt wyraźnie od butelek taty. Zobaczcie zresztą sami, jak młody dumnie prezentuje się z owocami swojej pracy (zdjęcie poniżej). Od razu dodam, że jestem daleki od sugerowania, że winiarz kieruje drogą syna. W młodym widać prawdziwą pasję do winiarstwa i to piękne obserwować, jak z niego wręcz bije. Flaszek od młodego nie udało mi się nabyć drogą kupna, pod ręką miałem jednak wino zrobione przez ojca.

Syn Jiříego Šebela z Dva Duby (fot. własna)

Dva Duby (z czeskiego dwa dęby) to butikowa, 4-hektarowa, rodzinna winiarnia w miejscowości Dolni Kounice na Morawach. Jiří Šebela nie stosuje w uprawach środków w rodzaju herbicydów, pestycydów, czy miedzi.  W piwnicy używa tylko małe ilości siarki przed butelkowaniem, bez klarowania i filtracji. Swoim winom pozwala dojrzewać w dębowych lub akacjowych beczkach, często na osadzie – przez minimum 10 miesięcy. Główny cel to zachować jak najwięcej cech siedliska ze sporym potencjałem starzenia.

W kieliszku mam podstawowe wino producenta Dva Duby Divide 2016, fermentowane i dojrzewające przez kilka miesięcy w dużych beczkach. To mieszanka szczepów veltlínské zelené (grüner veltliner), müller thurgau i červenošpičák ( rotgipfler). Kolor przejrzałej od słońca słomki. Pachnie dojrzałą pigwą, gruszką, jest i brzoskwinia. Znajdziemy tu też białe kwiaty, trochę kuchennych przypraw i nuty warzywne. Fajna, kremowa, lekko pomarańczowa w klimatach faktura. W ustach soczysty smak żółtych owoców, do tego łagodna tanina i średnia kwasowość. Kremowy, beczkowy finisz. Wino w starszym roczniku do kupienia u polskiego importera Wino z Moraw (w cenie 44 zł). ***** (5/6)

Fotosy z filmu: materiały promocyjne dystrybutora.

Wino nabyłem drogą kupna za swoje.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s